• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Facet w czerni

    Marcin Jakimowicz

    |

    GN 36/2006

    dodane 04.09.2006 13:31

    Samotny, cierpiący, znużony życiem mężczyzna z czarną gitarą w ręce siedzi w fotelu i śpiewa: Boże, błagam, pomóż mi! Aż nie chce się wierzyć, że ten kowboj sprzedał w Stanach więcej płyt niż Beatlesi.

    Widziałeś teledysk Casha „Hurt”? – podniecał się kolega. Nie widziałem. Nigdy nie przepadałem za country. Gdy słyszałem radosne dźwięki rodem z Dzikiego Zachodu, przechodziłem na drugą stronę ulicy. Nie przekonywał mnie Johnny Cash, śpiewający o kowboju, który powinien zostawić swą spluwę w domu. A jednak... Nagranymi tuż przed śmiercią piosenkami amerykański idol rzucił mnie na kolana. Wcześniej sam na nie upadł

    Potrafię tylko ranić
    Oglądam teledysk. Samotny, zmęczony mężczyzna opowiada: zraniłem się, by sprawdzić, czy jeszcze coś czuję. Porażająca piosenka. W ustach zniszczonego przez chorobę człowieka robi o wiele większe wrażenie niż w oryginalnym wykonaniu industrialnego guru Trenta Reznora z Nine Inch Nails. Popularny „Facet w czerni” (Man in black), uwielbiany za oceanem (sprzedał więcej płyt niż Beatlesi), mówi wprost: wszystko jest pyłem, brudem, moi najbliżsi przyjaciele odeszli.

    Jak w kalejdoskopie przesuwają się kadry z jego gwiazdorskiej drogi: migawki ze szczęśliwego życia małżeńskiego, brawurowe występy, pełne sale koncertowe. Co pozostało? Pustka, zakurzone statuetki, połamane nagrody. Na fotelu siedzi stary, zmęczony, płaczący człowiek. Ostatnie kadry teledysku pokazują rozpiętego na krzyżu ociekającego krwią skazańca. To Jezus z Nazaretu, przez ostatnie lata najlepszy przyjaciel amerykańskiego idola. Cash śpiewał o Nim wprost:

    Padłem na kolana
    Rozmawiając z człowiekiem z Galilei
    Mówił do mnie głosem pełnym słodyczy
    Wydawało mi się nawet,
    że słyszę szuranie anielskich stóp
    Zawołał mnie po imieniu,
    a moje serce zamarło
    A On powiedział: John, idź,
    pełnij moją wolę
    (God’s Gonna Cut You Down)

    Poszedł. Był wędrowcem. Przeszedł długą bolesną drogę. 71-letni muzyk pogodził się ze światem. Pokazał, że nawet bolesne doświadczenia: śmierć brata, nieudane pierwsze małżeństwo, alkohol i narkotyki nie potrafiły go zniszczyć. Po długiej wędrówce odnalazł światło. Pogodził się z Bogiem. W ostatnich wywiadach mówił nawet o sobie jako o pieśniarzu religijnym, a w piosenki wplatał biblijne cytaty. Był przyjacielem znanego ewangelizatora Billy’ego Grahama. Lider U2 Bono, zafascynowany duchową drogą mistrza country, napisał dla niego piosenkę: „Wanderer”. Wieńczyła pełną rozgoryczenia płytę Irlandczyków „Zooropa”. Była jak jasny, pełen nadziei przebłysk. – Jestem wędrowcem – śpiewał Cash.

    Już wcześniej, jako zdeklarowany chrześcijanin, nagrał kilka płyt w stylu gospel. W 1973 ukazał się krążek „The Gospel Road” o życiu Jezusa Chrystusa. Cash napisał też dwie duchowe biografie: swoją („Man in Black”) i... świętego Pawła („Man in White”).

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół