2m 46s

Pakt Merkel–Biden

Śledząc politykę Zachodu wobec Rosji, można odnieść wrażenie, że na Kremlu wyczerpują się powoli… zapasy dobrego szampana.

Jacek Dziedzina

|

29.07.2021 00:00 GN 30/2021 Otwarte

dodane 29.07.2021 00:00

Nie ma bowiem wątpliwości, że Władimir Putin wraz ze świtą coraz częściej mają powody, by otwierać butelki szlachetnego trunku i świętować kolejne decyzje zachodnich przywódców, które torują drogę rosyjskiej ekspansji. Prym wiodą w tym oczywiście Niemcy, a w ostatnim czasie również Stany Zjednoczone. Niedawna wizyta Angeli Merkel w Białym Domu zakończyła się zawarciem porozumienia w sprawie gazociągu Nord Stream 2. W ramach umowy USA wstrzymują nakładanie sankcji na wykonawców niemiecko-rosyjskiego gazociągu, natomiast Niemcy mają zainwestować w ukraińskie projekty związane z „zieloną transformacją” i „zobowiązują się” do sankcji „w razie wrogich działań Rosji”.

I śmieszno, i straszno. Porozumieniem Merkel–Biden Niemcy i USA de facto wysyłają zielone światło Putinowi, który nie kryje swoich agresywnych planów względem Ukrainy, a i pozostałe państwa regionu, w tym Polska, mają powody do niepokoju. Po to przecież powstały obie nitki Nord Stream, by ominąć nie tylko Ukrainę, lecz także Polskę w tranzycie gazu do Europy Zachodniej. Jest to stosowana od lat polityka Kremla, w której surowce stanowią kluczowe narzędzie do szantażowania sąsiadów i uzależniania od siebie Zachodu. Najgorsze jest to, że Zachód o tym wszystkim wie. Pakt Merkel–Biden nie jest umową dwojga naiwnych przywódców. I odchodząca kanclerz Niemiec, i nowy prezydent USA zdają sobie sprawę z tego, że wszelkie ustępstwa wobec Rosji oznaczają kłopoty jej sąsiadów. Jakie są zatem powody tej uległości? O ile w przypadku poprzednika pani Merkel, Gerharda Schroedera, który po zakończeniu urzędowania oddał się pracy w zarządach rosyjskich koncernów, motywacja była w miarę czytelna, trudno podejrzewać, że i Merkel szykuje się do objęcia jakiejś posady z nadania Kremla – to mimo wszystko polityk innej klasy niż Schroeder. W przypadku Bidena sprawa też jest trudna, bo wprawdzie w czasie kampanii wyborczej jego sztab otrzymał pewną sumkę od lobbysty dbającego o interes Nord Stream 2, ale to jednak za mało na tak zasadniczy krok. Powód jest, niestety, taki sam jak zawsze: „wyższa konieczność”. USA potrzebują i Rosji, i Niemiec w konfrontacji z Chinami. Wprawdzie Niemcy nie zamierzają walczyć z Chinami, ale mają interes, by sprowadzać gaz z Rosji i stać się głównym jego dystrybutorem w Europie, co uderza w… interesy USA, które tracą w ten sposób możliwość zdominowania tego rynku swoimi dostawami. Waszyngton jest jednak gotowy zapłacić tę cenę, gdy w grę wchodzi o wiele poważniejsza rywalizacja z Chinami. Pytanie, jaką cenę zapłacą za to takie kraje jak Ukraina, Polska, Litwa czy Łotwa.•

1 / 1
oceń ten artykuł
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Jacek Dziedzina