Nowy Numer 07/2018 Archiwum

Zanik pamięci

O tym, czy święta widziane z perspektywy Parlamentu Europejskiego przypominają jeszcze Boże Narodzenie, mówi europoseł Marek Jurek.

Marcin Jakimowicz: Wszędzie choinki, światełka. W Parlamencie Europejskim też. Co właściwie świętujemy? Dowiedział się Pan może?

Marek Jurek: Różnie – jedni naszą wiarę, wcielenie i narodziny Zbawiciela, inni pamięć o wierze rodziców lub przodków, inni święta sąsiadów. Dobrze, że świętujemy, i nigdy nie zapominajmy, że w Europie żyją miliony ludzi wierzących w Boga Dekalogu i Ewangelii, choćby byli najbardziej zdeprymowani czy pozbawieni widocznej reprezentacji.

Czy na Zachodzie można jeszcze rozpoznać Boże Narodzenie? Padają w ogóle te słowa?

Świat publiczny o Bogu milczy, nawet chrześcijanie wolą często mówić o wartościach niż o Stwórcy, który wartość wartościom tym nadał. Ale chrześcijaństwo jest ciągle widocznym fundamentem naszego życia. Z parlamentu na święta wybrałem dwie kartki, ładne, nowoczesne, ale wyraźne grafiki ze Świętą Rodziną i Trzema Królami. Oczywiście były inne, ale na szczęście i te.

Czy spacerując po korytarzach Parlamentu Europejskiego i zderzając się w czasie debat ze światem, który ma niewiele wspólnego z chrześcijaństwem, można stracić wiarę?

Wiarę bardziej może rozmyć to, że staje się ona przyzwyczajeniem, niż to, że staje wobec wyzwań. Europa dziś przeżywa „udrękę egzystencjalną”, ale tym bardziej chrześcijaństwo musi być obecne.

Niektórzy wychodzą z takich sporów umocnieni, inni – z podciętymi skrzydłami… A Marek Jurek?

W parlamencie kryzys Europy oglądamy z bliska, tam jest szczególnie widoczny. To jest bardzo mobilizujące doświadczenie. I jeśli rozumiemy je właściwie, otwiera również na łaskę, bez której nasze działanie nigdy nie będzie owocne.

Wie Pan, jakie hasło słyszałem w każdym europejskim kraju, do którego zawitałem? „Bawmy się”. Co może nam popsuć tę zabawę?

Kryzys, jak zawsze. Problemy zmuszają do myślenia. Gdy narody Europy oglądają skutki kryzysu demograficznego, zaczynają sobie uświadamiać, że trzeba myśleć o przyszłości, bo przyszłość – choć zawsze wydaje się daleko – w końcu pewnego dnia nadchodzi.

Jak wygląda dusza Europy widziana z perspektywy Parlamentu Europejskiego?

Tożsamość człowieka zawiera się w jego pamięci, to ona łączy nas z przeszłością. W Parlamencie Europejskim pamięci nie widać. Najbardziej uderzająca jest wszechobecność malarstwa abstrakcyjnego, prawie zupełny brak nie tylko odniesień do historii – ale również jakiejkolwiek sztuki figuratywnej.

Słyszymy często diagnozę, że cierpiący na zanik pamięci, podcinający swe korzenie Stary Kontynent popełnia zbiorowe samobójstwo. To nie przesada?

Brak perspektywy historycznej sprawia, że i przyszłość wydaje się bezproblemowa. Jeśli chodzi o przyszłość – narody Europy (szczególnie zachodniej) wyprodukowały sobie wiele problemów, które nie miną jutro. Na przykład zanik świadomości chrześcijańskiej dramatycznie utrudnił odwoływanie się do naturalnej etyki i sprawiedliwości. To nie są rzeczy funkcjonujące odrębnie.

Hebrajskie słowo zarar oznacza zarówno „pamięć”, jak i „męskie nasienie, plemnik”. Czy Europejczycy naprawdę cierpią na zanik pamięci? Przestali ją pielęgnować?

Na pewno europejska klasa rządząca przestała identyfikować się z przeszłością i dziedzictwem narodów europejskich. Unia Europejska nie jest traktowana jako unia państw, która ma wzmocnić ich niepodległość, ale jako nowy byt, który powstaje na ich miejscu. Wśród europejskiej klasy rządzącej świadomość tego, że jesteśmy spadkobiercami przeszłości, której owoce mamy przekazać naszym dzieciom i wnukom, jest bardzo słaba, właściwie nieodczuwalna. Dziedzictwo jest traktowane jako problem, a nie jako wartość.

W tym roku przeprowadzono sondaż, w którym młodych Niemców w wieku od 18 do 34 lat pytano o kwestię zakorzenienia w chrześcijaństwie. Aż 85 proc. z nich stwierdziło, że nie potrzebuje Pana Boga i nauki Kościoła. Co Pan czuje, czytając takie deklaracje?

Jestem szczęśliwy, że Polska wygląda inaczej, choć w żadnym wypadku nie możemy uznać, że kryzys innych krajów nas nie dotyczy. Podlegamy tym samym trendom, więc to, co się dzieje w innych krajach Europy, pokazuje wyzwania, które się zbliżają. Żyjemy w Europie, więc to zawsze na nas będzie oddziaływać. Czasami wręcz bezpośrednio, politycznie.

Jak, spoglądając na francuskie kościoły, pozamykane na cztery spusty, nie ulec zwątpieniu?

Kardynał Ratzinger jeszcze za pontyfikatu Jana Pawła II mówił, że zamknięte kościoły są znakiem odwrotu ewangelizacji. Kościołów w ogóle nie należy zamykać, nawet czasowo. Kościół jest świątynią, a nie jedynie miejscem zgromadzenia wiernych. Msza się kończy, adoracja trwa. Ale jeśli chcemy otwartych kościołów – po prostu do nich zachodźmy na modlitwę.

Po zamachu w Paryżu z 13 listopada 2015 r., po którym tysiące osób zmieniały facebookowe zdjęcia profilowe na hasło „Je suis parisien”, abp Henryk Hoser bez owijania w bawełnę komentował: „Europa nie jest zdefiniowana. Europa organizuje się od strony przede wszystkim marketingowej, od strony ekonomii”. Czy gdy używa Pan w debacie słów „duchowość”, „tożsamość”, politycy nie patrzą na Pana jak na dziwaka?

Przede wszystkim każda deklaracja publiczna jest okazją do budowania solidarności. Gdy zorganizowałem ku czci ofiar i bohaterów oporu wystawę i sesję upamiętniającą sto lat cierpień narodów ujarzmionych przez rewolucję komunistyczną lub ZSSR – najbardziej wzruszyły mnie słowa wdzięczności i solidarności koleżanek ze Słowacji i Bułgarii, których rodzice byli ofiarami prześladowań. Jeśli nie chcemy, żeby Prawda i prawdy, których bronimy, przestały być zrozumiałe – musimy o nich mówić. Gdy milczymy – dla otoczenia stają się coraz bardziej obce.

Co Pan czuje, słysząc wszechobecny zwrot „polityczna poprawność”…?

Myślę, że to omijanie problemu. Owa „polityczna poprawność” to nie żadne dziwactwo liberalnego świata, ale prosta konsekwencja jego rozwoju. To narzędzie „dyktatury relatywizmu”, którą tak celnie opisał Benedykt XVI, dramatyczne wyzwanie, a nie jakaś nieszkodliwa, odległa osobliwość.

Ks. Wojciech Węgrzyniak powiedział mi przed dwoma miesiącami: „Europa będzie islamska i będzie to konsekwencja jej wyborów. Czasem mam wrażenie, że Bóg mówi do Europy: »Dałem wam miliony dzieci, a wy je abortowaliście, dałem wam mężów i żony, a wy rozbijaliście rodziny, dałem wam powołania, a wy wykorzystaliście Boże zaufanie do nieludzkich bezeceństw. Dałem wam możliwość ewangelizacji Ameryki i Afryki, a wy zanieśliście im Chrystusa, ale zabraliście im złoto. Czy to moja wina, że jest was mało?«”. Mocna diagnoza. Czy ks. Wojciech się nie zagalopował?

To naprawdę prorocze słowa, tylko pamiętajmy, że prorocy zawsze przestrzegają przed nadchodzącą przyszłością, żebyśmy mogli ją odwrócić. Bóg zwraca się do naszej wolności, nie do naszego fatalizmu. A wolność to nie relatywizm dowolnego wyboru, ale zdolność zmieniania świata, naprawy popełnionych błędów, oporu wobec tendencji, które wydają się przemożne. W Europie żyją miliony chrześcijan, ale bardzo słaba jest europejska opinia chrześcijańska. Opowiadamy o „poprawnościach politycznych”, bagatelizując problem i udając, że nas nie dotyczy. Tymczasem cywilizacja chrześcijańska była i jest, wymaga jedynie naszego zaangażowania.

Schyłek Kościoła łatwo ogłosić, sącząc piwo w jednym z holenderskich kościołów zmienionych na ekskluzywną knajpkę. Wystarczy jednak prześledzić statystyki dotyczące Afryki, w której każdego dnia chrześcijanami zostaje aż 23 tysiące ludzi, by odkryć, że chrześcijaństwo Południa przeżywa ogromny boom. Czy w rozmowach o Kościele nie za bardzo skupiamy się na Starym Kontynencie?

Byłem miesiąc temu na szczycie Europa–Afryka w Abidżanie. Niestety, nie miałem czasu jechać do Jamusukro, ale byłem w abidżańskiej katedrze i w sanktuarium Matki Bożej Afrykańskiej. Widziałem z bliska ten żywy Kościół. Do katedry przyszedłem, gdy trwała jeszcze poprzednia niedzielna Msza. Chór śpiewał Sanctus po łacinie, potem Agnus Dei. Msza się skończyła, chóry się zmieniły, i znowu to samo. A czarny ksiądz jeszcze zaśpiewał po łacinie prefację o Chrystusie Królu. Oni są bardziej przywiązani do dziedzictwa Europy niż większość Europejczyków. Zawsze więc powinniśmy pamiętać, co mówił nam kardynał Sarah w Niepokalanowie – najpierw jesteśmy chrześcijanami, potem Polakami, a Europejczykami dlatego, że jesteśmy jednym i drugim.•

« 1 »
oceń artykuł

Reklama