• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Zagrajcie mi „Adagio”

    dodane 12.05.2016 00:00

    Siostra Michaela Rak opowiada o ufności, zdejmowaniu ciężarów i szczęściu.

    Barbara Gruszka-Zych: Słyszałam, że oddała Siostra pierścionek zaręczynowy i poszła do klasztoru.

    S. Michaela Rak: Miałam wtedy 20 lat. Wcześniej planowałam, że będę studiować medycynę, że założę rodzinę i będę mieć co najmniej pięcioro dzieci. Bo nas w domu było ośmioro, ja jestem najmłodsza. Mój chłopak był wyjątkowy, dawał mi poczucie bezpieczeństwa.

    Ustaliliście datę ślubu?

    Tak. Moja mama już mi nawet przygotowała ślubną sukienkę. Mojemu chłopakowi bardzo szczerze mówiłam, że jest dla mnie ważny, ale doskonale wiedział, że liczy się dla mnie Ktoś ważniejszy, kto jest ponad tym, co ludzkie.

    Był wierzący?

    Bardzo. Na dwa miesiące przed ślubem odczułam silny wewnętrzny głód za czymś innym i uczciwie mu to powiedziałam. Wyjaśniłam, że muszę dać sobie czas. W głębi serca rozeznawałam, że małżeństwo nie jest jednak moją drogą. Już w drugiej klasie szkoły podstawowej ksiądz opowiadał nam o osobach poświęconych Panu Bogu i ja mu powiedziałam, że chcę zostać księdzem. Roześmiał się i wyjaśnił, że są też siostry zakonne. W naszej wsi Lipiany, leżącej pomiędzy Gorzowem a Szczecinem, nie było żadnej zakonnicy, więc skąd mogłam to wiedzieć? Kiedy powiedziałam mamie, że chciałabym iść do klasztoru, bo skoro jestem dziewczynką, nie mogę być księdzem, specjalnie zawiozła mnie do Szczecina, żeby pokazać mi zakonnicę. Habit tamtej siostry mam w oczach do dziś.

    I co Siostra zdecydowała?

    Skończyłam zaocznie liceum ekonomiczne, podjęłam pracę. Cały czas pytałam Pana Boga na kolanach przed Najświętszym Sakramentem o drogę i rozeznawałam, że zostanę zakonnicą. Trudno było mi się zdecydować, do jakiego zgromadzenia wstąpić. W tej intencji w sierpniu 1984 r. poszłam na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy.

    Tam znalazła Siostra odpowiedź?

    – Postanowiłam, że po spotkaniu z Maryją pierwszy habit, jaki zobaczę, będzie habitem zgromadzenia, do którego wstąpię. I tak się stało – po całonocnej adoracji wyszłam przed kaplicę prosto na trzy siostry. Podeszłam do nich i poprosiłam, żeby mi o sobie opowiedziały, bo chcę do nich wstąpić.

    Jak można się domyślić, były ze Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego. Jaki jest Wasz charyzmat?

    Nasz założyciel, bł. ks. Sopoćko, akcentował, że mamy budzić ludzkie serca do zaufania Panu Bogu i czynem realizować miłosierdzie tam, gdzie nas postawi. Mamy wielbić, głosić i wypraszać miłosierdzie Boże dla świata.

    Co to jest miłosierdzie?

    Jak mówił Jan Paweł II, to wydobywanie dobra spod wszelkich nawarstwień zła.

    Przecież to wymaga nadludzkich sił.

    Ale chyba w nasze życie jest wpisane działanie Boskie? Jak mówił św. Ignacy Loyola, w 50 procentach działamy my, a drugie 50 procent trzeba powierzyć Panu Bogu.

    Założyła Siostra dwa hospicja

    Kiedyś powiedziałam żartobliwie, że mam dwoje dzieci. Pierwsze to hospicjum św. Kamila w Gorzowie Wielkopolskim, a drugie – bł. ks. Sopoćki w Wilnie.

    Miała Siostra narzeczonego, a Pan Bóg daje jedynie znaki.

    Ale to one dają poczucie spokoju, że człowiek czuje się nie w swoich rękach, ale jest prowadzony przez Pana Boga. Często kiedy wstaję rano, już wiem, co danego dnia muszę zrobić. Jeszcze częściej jednak wołam: „Pomóż mi, Panie, bo nie wiem, nie potrafię”.

    Tak też prosiła Siostra, kiedy przyjechała do Wilna i zastała jedną wielką ruinę, z której miało powstać hospicjum?

    Zwracałam się do Niego nieustannie. Był taki moment w 2011 r., że miałam ogromne długi i czekałam na pieniądze, które nie przychodziły. Właśnie wtedy odwiedzili mnie przyjaciele z Gorzowa – małżeństwo z niepełnosprawną córką Asią. Kiedy miała 5 lat, kąpała się w wannie i braciszek wrzucił kuchenkę elektryczną do wody. Z trudem doszła do siebie, ale jej rozwój psychiczny zatrzymał się. Rozpłakałam się przed nimi i powiedziałam, że nie dam rady, że napisałam do przełożonych prośbę o rezygnację. Wtedy Asia położyła mi rękę na ramieniu i zapytała: „Ciociu, a ty jesteś z tego zakonu, co mówi »Jezu, ufam Tobie«?”. Odpowiedziałam, że tak, a ona uścisnęła mnie mocniej: „Ciociu, a ile razy dziennie ty mówisz »Jezu ufam Tobie«?”. Przeszedł mnie dreszcz, bo to było niemożliwe, żeby zadawała takie mądre pytania. „Wiele razy, Asieńko” – odpowiedziałam, na co ona ścisnęła mnie jak bokser na ringu i powiedziała: „Ciociu, to ty uwierz w to, co mówisz, i dasz radę”. Dotarło do mnie wtedy, że mówię „ufam”, ale nie ufam. Tego wieczoru podarłam rezygnację i wszystko zaczęło się układać. Odtąd, kiedy zderzam się z sytuacją niemożności, przychodzą mi na myśl słowa tego niepełnosprawnego dziecka.

    Da się tak całkowicie zaufać?

    Trzeba uwierzyć, że Pan Bóg nie pozwoli, żeby coś złego nam się stało.

    Ale ludzie chorują, cierpią. To nie jest zło?

    Po tylu latach towarzyszenia umierającym mogę powiedzieć, że choroba nie jest przekleństwem, że jest w niej ukryty jakiś cel.

    Doświadcza tego Siostra w hospicjum?

    Przywołam przykład, który bardzo mnie poruszył. Nasza podopieczna – 14-letnia Madzia – powiedziała mi: „Siostro, zanim umrę, chciałabym ulicami Wilna przejechać taką limuzyną jak młoda para do ślubu”. Wybrała osoby, z którymi chciała odbyć przejażdżkę: wolontariuszkę, mnie, dwóch braci i wychowawczynię z domu dziecka. Kłóciłam się wtedy z Panem Bogiem, nie mogąc pojąć, dlaczego ona umiera. Była kruchą istotką, ale tak mądrą, że postawiłabym ją za katedrą uniwersytetu. Nawet personel przychodził mnie pytać: „Dlaczego odchodzi?”. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, ale z Panem Bogiem na kolanach się targowałam.

    Co Mu Siostra chciała dać w zamian?

    Nie chcę o tym mówić. Czasem coś ofiaruję, żeby komuś innemu zdjąć ciężar. Wtedy załatwiłam limuzynę i zapytałam Madzię, czy zabierze też na przejażdżkę swoją mamę. Ona przychodziła co dzień, tyle że zawsze była pijana. Podczas tamtej rozmowy stała oparta o ścianę, ledwie trzymając się na nogach. Madzia popatrzyła jej w oczy i powiedziała: „Ja nie mam mamy”. Trzymałam ją za rękę i chciałam ją przekonać: „Madzia, ale to twoja mama, nie byłoby cię, gdyby nie ona”. Ale dziewczynka znów na nią popatrzyła i zdecydowanie powtórzyła swoje słowa. W tamtą sobotę nie dała już rady pojechać limuzyną, a w niedzielę umarła. Na pogrzebie jej mama była pijana, a ja czułam się jak kwoka, bo dwaj braciszkowie Madzi, którzy przyjechali z domu dziecka, wtulili się w mój habit. Ogarnęłam ich łzy, prosząc: „Panie Boże, Tobie to oddajemy, bo nas to przerasta”. Minęło kilka miesięcy i w progu hospicjum stanęła mama Madzi: „Siostro, jestem po leczeniu i walczę o odzyskanie synów. Dziękuję za to, czego tu doświadczyłam”. Taką dała mi odpowiedź na pytanie, po co było cierpienie jej córki.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół