• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Jest w nim jakaś tęsknota

    Edward Kabiesz

    |

    GN 27/2009

    dodane 07.07.2009 18:59

    Dobry aktor potrafi zagrać wszystko. A ja nie wiem, czy potrafię. Jak nie potrafię, to po co mi w to iść – mówi w rozmowie z Edwardem Kabieszem Krzysztof Dzierma, który w cyklu filmów „U Pana Boga…” rewelacyjnie zagrał proboszcza.

    Edward Kabiesz: Jak Pan trafił na plan filmu?
    Krzysztof Dzierma: – Nie jestem aktorem, pracuję w Białostockim Teatrze Lalek, jestem kompozytorem, konsultantem muzycznym, ale czasem zdarza się, że gram w spektaklu. Dość często jeździliśmy ze spektaklami do nieistniejącego już Teatru Małego w Warszawie. Na jednym z przedstawień pojawił się Jacek Bromski, popatrzył na ten nasz zespół, takie dziwolągi na żywym planie, i zainteresował się nami.

    Dlaczego dziwolągi?
    – Jak to w teatrze lalek. Za parawanem wyglądali ładnie, a w żywym planie takie dziwne twarze. Teraz są zupełnie inne kryteria przyjmowania do lalkowej szkoły teatralnej. Przedtem wystarczyło mieć talent, głos i sprawność, a jak ktoś wygląda, to było nieważne. Kilka lat temu robiłem z kolegą dyplom w szkole filmowej, popatrzyłem na tych młodych ludzi. Wszyscy jednakowi, wszyscy tacy piękni, dziwni tacy i tacy smutni zarazem.

    Kogo grał Pan w tym spektaklu w Warszawie?
    – Grałem siebie, czyli kompozytora, a odwiedzał mnie mój brat bliźniak. Ja go edukowałem. Bratem był Andrzej Zaborski, który w „U pana Boga...” zagrał komendanta.

    Czyli Jacek Bromski szukał wtedy aktorów do filmu.
    – Chciał robić ten film z mało ogranymi warszawskimi aktorami gdzieś w okolicach Przemyśla, ale później pomyślał sobie, dlaczego nie przenieść tego na Białostocczyznę i wykorzystać potencjał naszego zespołu. Nakręcił pierwszy film w strachu, jak przyjmą go ludzie, bo wtedy nie było modne pokazywanie prowincji w kinie. Dopiero później pojawiła się „Plebania”, jeszcze później „Ranczo”.

    Mieszka Pan i pracuje w Białymstoku?
    – Z Białymstokiem związany jestem ponad 40 lat. Przyjechałem tu z Wrocławia z rodzicami w 1965 roku. Ale naprawdę jedną nogą mieszkam w mieście, a drugą na wsi, w okolicach Sokółki. Natomiast całe filmowe miasteczko to kombinacja różnych miejscowości na Podlasiu. Kościół i jego zaplecze są w Sokółce. Pierwszy film Bromski chciał kręcić w Supraślu i jego okolicach. Zaproponowałem, że zawiozę go do Sokółki i pokażę kościół. A to istny Watykan jest. Są obszerne obejścia naokoło, fajnie ogrodzone, są różne przybudówki. No i spodobało mu się. Robił też zdjęcia w Tykocinie i okolicach, i to wszystko tworzy Królowy Most. A teraz, żeby było śmieszniej, ludzie przyjeżdżają do Królowego Mostu i dziwią się, że tu tylko cerkiew i cztery chałupy na krzyż stoją. Pytają, a gdzie kościół, gdzie rynek... I dziwią się.

    Może Sokółka powinna to jakoś wykorzystać w celach promocyjnych?
    – No tak, ale tu ludzie są tacy, że jakoś nie potrafią zadbać o siebie. Jakoś tak radni nie za bardzo.

    W jednym z wywiadów reżyser mówił, że przy pierwszym filmie były z Panem problemy.
    – Chodziło o to, że ja bardzo wolno mówię, zastanawiam się. No więc pytam reżysera, dlaczego mam tak szybko mówić. A bo film tego nie znosi. Problemy polegały na tym, że Jacek Bromski nie znając tego języka ani składni, starał się zastosować tu jakąś swoją gwarę. Brzmiało to jakoś dziwnie. A ja, chcąc być wierny temu, co napisane w dialogach, starałem się nauczyć tego na pamięć, ale nijak mi to nie szło. Pytam, czy nie mogę pogadać trochę po swojemu. Bo po swojemu idzie to jakoś płynniej. I zmieniałem składnię, bo jak się przysłuchać, to u nas orzeczenie znajduje się na końcu. Bromski puścił mnie na żywioł. Mówi, że nie potrzebuję reżysera. A to znaczy po prostu, że nie potrafiłbym wskazówek reżysera zrealizować, bo nie jestem przecież aktorem.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół