• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Burczy krowie z brzucha

    Marcin Jakimowicz

    |

    GN 27/2009

    dodane 07.07.2009 18:31

    Do trzeciej w nocy tysiące ludzi bawiło się na 10. urodzinach Arki Noego. Pierwsza liga artystów chrześcijan udowodniła, że katolik nie jest smutasem, a krowie burczało z brzucha. A wszystko na Song of Songs.

    Są tu jakieś łobuzy? – Taaaak. – To mam dla was Dobrą Nowinę: Pan Bóg kocha łobuzów! – wolał ze sceny Robert Friedrich. A potem opowiedział sen, był bardzo realny: – Śniło mi się, że jestem w IVc w szkole numer 71 w Poznaniu. Mam genialny plan lekcji: jedynie dwa ukochane WF-y. Luzik. I nagle budzę się i zaskoczony spostrzegam, że mam żonę i siódemkę dzieci… Wystraszyłem się. Ale w takich chwilach z pomocą przychodzi mi słowo: Nie lękaj się, chłopie, Ja będę ci pomagał… Nie lękaj się – chwytają w mig dzieci z Arki Noego. Pod sceną walczy oblegany przez media duet Basiński–Borusiński. To Mumio wywołało największy ferment. Było świeżą krwią festiwalu. Trochę zakłopotani występowali w roli ewangelizatorów. – Dlaczego katolik jest znudzony i smutny – prowokowała ich dziennikarka z lokalnej rozgłośni. – Który katolik? Ten czy tamten? – podpuszczało ją Mumio. – Noooo, statystyczny katolik – wydukała dziewczyna. – A skąd pani wie, że jest znudzony? Pytała się go pani? Na scenie stał wielki tort podpisany „Od A GU GU do GADU-GADU”, publice ciekła ślinka, a połączone siły Mumio i Arki śpiewały: „Krowa łakomczucha, burczy krowie z brzucha”.

    Młode kapele starych arkowiczów
    Na scenie dwa pokolenia. – Marek Pospieszalski grał przed chwilą w MP3, a Mikołaj w Dagadana. Mikołaj jest synem Marcina, a Marek – Mateusza – objaśniał zawiłości rodzinne konferansjer Dariusz Ciszewski. Jeszcze kilka lat, a na scenę wyjdzie wielka orkiestra symfoniczna klanu Pospieszalskich (czy oni wszyscy wyssali muzykę z mlekiem matki?). A tuż po niej wybiegną na scenę wnuki Arki Noego. Na razie gra drugie pokolenie. W ostrym gitarowym Sunguest za mikrofonem stoi Kaja Chmiel, debiutująca przed laty w Arce. Świetnie sprawdza się jako frontmanka. Dlaczego warto być na Song of Songs? Bo festiwal jest papierkiem lakmusowym sceny chrześcijan. Widać na nim jak na dłoni kondycję rynku. Oj, nie dzieje się dobrze. „S.O.S. Festival” zyskuje nowe, dosłowne znaczenie. Została jedynie pierwsza liga. Kompletnie nie widać młodych kapel. Nie dlatego, że ich nie ma. Powstają jak grzyby po deszczu w Jasłach, Bochniach i Siedlcach. Ale co z tego, skoro nikt o nich nie słyszał? Od kilku lat brakuje pomysłu na promowanie młodych grup.

    Na szczęście starzy wyjadacze mają się znakomicie. Jazzmani z New Life’m. szukali na scenie domu (tak brzmi tytuł ich najnowszego krążka), a Tomek Budzyński śpiewał swą poezję. – Nie bez przyczyny są chłopcy i dziewczyny – przekonywała Magda Anioł. Jej koncert rozkołysał schodzącą się pod scenę publiczność. Koncert 2Tm 2,3 trzeba przeżyć na własnej skórze. Tylko wtedy można zrozumieć, dlaczego ich granie ściąga takie tłumy. Zespół Delirious – przedstawiany na Zachodzie jako gwiazda ostrej muzyki chrześcijańskiej – mógłby z powodzeniem grać jako ich support. Voo Voo dało porywający, pełen ognia koncert. Jak zawsze. Towarzyszę festiwalowi od początku. Co roku stawiam sobie to samo pytanie: Czy nie wyczerpała się już jego formuła? Czy nie można poszerzyć „spisu lokatorów”? Z jednej strony, jak mówił rozpoczynający swój słynny rejs kilkadziesiąt metrów od sceny inżynier Mamoń: „Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem”, ale z drugiej – brakuje świeżej krwi. Widząc jednak szalejący pod sceną tłum, muszę zawołać za Mumio: Niech to trwa!

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół