• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Jest kompromis, ale...

    Andrzej Grajewski

    |

    GN 26/2007

    dodane 02.07.2007 15:39

    Po powrocie z Brukseli politycy obwieścili sukces. Jedni mogą być jednak bardziej, a inni nieco mniej zadowoleni.

    Szczyt był nerwowy. Nie tylko Polska twardo broniła swoich racji, starając się zdobyć jak najlepszą pozycję na przyszłość. Osiągnięto kompromis, który pozwala stworzyć nowy model rozwoju wspólnoty, a nam daje możliwość skutecznego dochodzenia własnych racji i interesów.

    Nie umarliśmy za pierwiastek
    Nie udało nam się przeforsować najważniejszego postulatu: wprowadzenia korzystnego dla nas systemu liczenia głosów w Radzie Unii Europejskiej. Opór największych krajów, zwłaszcza Niemiec, najwięcej zyskujących w systemie podwójnej większości, zadecydował, że polska delegacja dość szybko zrezygnowała z obrony pierwiastkowego liczenia głosów. Sądzę, że nie było to dobre rozwiązanie.

    Wprowadzenie mechanizmu opartego na pierwiastkowym systemie liczenia głosów dawało możliwość powstania mechanizmu skutecznego i obiektywnego. Mógłby on trwale usprawnić proces decyzyjny w Unii. Jednak dysponując jedynie wsparciem Czech, niewiele mogliśmy zwojować. Zamiast się więc upierać przy pierwiastku, poszukano innych form zabezpieczenia naszych interesów. Nie umieraliśmy za pierwiastek, i słusznie, choć pozostał niesmak, że z tej dobrej sprawy uczyniono element niefortunnej kampanii, która popularności w Europie raczej nam nie przyniosła.

    Spokój na 10 lat
    Do 2014 r. będzie obowiązywał nicejski, korzystny dla nas system liczenia głosów w Radzie Europy. Później zacznie obowiązywać niekorzystny dla nas system podwójnej większości. Jednak przez trzy kolejne lata, a więc do 2017 r., każdy kraj będzie mógł zażądać powtórnego głosowania w systemie nicejskim. To solidne zabezpieczenie. Zwłaszcza że nawet po 2017 r. będziemy mieli możliwość odwlekania ewentualnych negatywnych dla nas decyzji w Radzie na podstawie tzw. kompromisu z Joaniny.

    Daje on krajowi niezadowolonemu z przyjętej decyzji możliwość jej odroczenia na „rozsądny czas”. Pozostaje mieć nadzieję, że do tego czasu rozstrzygniętych zostanie szereg ważnych kwestii, a zwłaszcza nastąpi przyjęcie wieloletnich planów budżetowych. Należy także oczekiwać, że w ciągu dziesięciu lat nasza pozycja w Unii na tyle okrzepnie, że będziemy sobie radzić także w sytuacji, gdy nasz wpływ na decyzje Rady UE będzie mniejszy.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół