• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Światło w grobie

    Z Dariuszem Basińskim z Mumio rozmawia Marcin Jakimowicz

    |

    GN 14/2007

    dodane 10.04.2007 13:55

    Marcin Jakimowicz: Zmartwychwstały Jezus nie wypominał uczniom tchórzostwa, ucieczki spod krzyża, zdrady. Masz podobne doświadczenie?

    Dariusz Basiński: – Tak. I choć mam generalnie problem z wiarą w miłosierdzie, często sobie wspominam casus świętego Piotra czy nawet Judasza. Jestem przekonany, że gdyby Judasz wykazał skruchę i wiarę w przebaczenie, nie skończyłby tragicznie. Pan czeka na nasze wybaczenie sobie samemu, pragnie, byśmy zwracali się do Niego w każdej sytuacji, nawet sytuacji Judasza. Czeka na nasz powrót. Staram się o tym pamiętać, co nie znaczy wcale, że tym żyję na co dzień. Ta świadomość jest na tyle słaba, na ile słaba jest moja wiara.

    Zapierający się Piotr stał się skałą. Ktoś, kto się zapiera, staje się w Kościele skałą. To jest rzecz absolutnie szokująca. To może być możliwe tylko w takim szaleństwie, jakim jest chrześcijaństwo. Ofiara, tchórz staje się filarem Kościoła…

    Piotr przepłakał noc. Na wieść o pustym grobie pobiegł z Janem na miejsce. Jan przybiegł pierwszy, ale nie wszedł do grobu. Piotr, który niedawno przeżył na własnej skórze swój grób, wszedł do środka. Czy dzięki Jezusowi potrafisz wejść do swoich grobów: pustych, martwych sytuacji, które najchętniej zostawia się zapieczętowane?
    – Tak. Ale samo wejście do grobu nie jest trudne. Powiedzmy sobie szczerze: świat to lubi. Ludzie nurzają się we własnych grobach, to jest nawet w pewnych kręgach modne. Takie umartwianie się, cierpiętnictwo, dołowanie. Samo wejście do grobu zdarza się ludziom często. Stąd samobójstwa, dramaty, depresje. Ale jest inne, ważniejsze pytanie: czy ja widzę w tym grobie światło? Czy widzę wyjście z beznadziejnych dramatycznych historii?

    A widzisz?
    – Kilka razy miałem taką łaskę. Jak mówiłem, sami wybieramy często (nie do końca chyba świadomie) drogę narzekania, samoumartwienia, nurzania się we własnym cierpieniu. Już samo uświadomienie sobie tego jest drogą do wyjścia z grobu. Widzimy naszą bezradność i zwracamy się w stronę światła. Ja coraz bardziej potrzebuję Jego siły, bo moje są już na kompletnym wyczerpaniu. Jestem słaby, stąd mój trochę „samobójczy” ruch w stronę neokatechumenatu. Bardzo długo czekałem na wspólnotę. Moje solowe podrygi w stronę wiary to podskakiwanie w miejscu. Wspólnota i rygor są mi potrzebne, bo jestem gnuśny, a wszedłem w to przede wszystkim dlatego, by ratować własną skórę – taki minimalizm. To była konieczność jakiegoś kroku, który wyrwie mnie z letniości. Mam absolutnie dość nicości. Do takiej drogi popycha mnie codzienna walka z własną niemocą, taka zwyczajna szarpanina.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół