• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Sprawiedliwość przed prawem

    Przemysław Kucharczak

    |

    GN 50/2005

    dodane 07.12.2005 10:04

    Gdyby historia potoczyła się zgodnie z jego marzeniami, Bogusław Nizieński byłby teraz emerytowanym wojskowym. Bo w młodości chciał być żołnierzem, a nie sędzią. Tak jak tata, oficer Kazimierz Nizieński, który karierę zaczął w słynnych legionach.

    W czasie wojny młodziutki Boguś był zresztą żołnierzem: łącznikiem u partyzantów. Świetnie pamięta zwłaszcza jedną pełną emocji noc. Miał 15 lat. Podkradał się pod obóz, którego pilnowali niemieccy wartownicy. Ściskał rękojeść pistoletu Walter. – To był pistolet kalibru 7,62. Ale nie musiałem go użyć. Kilkunastu wartowników akurat słuchało w świetlicy przemówienia Hitlera... Rzuciliśmy ich na ziemię. A potem nieśliśmy zdobyte karabiny, granaty i aparaty radiowe do schronu, 20 kilometrów w śniegu po pas – wspomina.

    Wryła mu się w pamięć też inna noc, tragiczna. Służąca Niemcom Kałmucka Brygada Kawalerii zaskoczyła i rozbiła jego oddział w boju nad Sanem. 16-letni Boguś miał już wtedy karabin i rozpaczliwie walczył za Polskę. – Mimo porażki tamte chwile mnie ukształtowały. Odtąd ciągle czułem, że jestem zobowiązany do wierności ideałom. Ideałom, którym służyli moi rodzice. I ja sam, jako żołnierz Armii Krajowej – kiwa dzisiaj siwą głową Bogusław Nizieński, jeden z najbardziej znanych polskich sędziów.

    Kolego, podpiszcie
    Po wojnie jego marzenia o wojsku prysły, bo polska armia była podporządkowana Sowietom. Ojciec poradził mu: „Boguś, studiuj prawo! Jak komunizm się skończy, wykorzystasz te umiejętności w wojskowym wymiarze sprawiedliwości!”. Chłopak skończył więc prawo. Jednak komunistyczna Informacja Wojskowa aresztowała jego ojca. Kiedy pan Kazimierz Nizieński w końcu wyszedł na wolność, był tak wyniszczony, że umarł w ciągu dwóch miesięcy. Miesiące przesłuchań i więziennego koszmaru przeszła też mama Bogusława, pani Wanda.

    I co miał zrobić ze sobą Bogusław? Komunizm jednak się nie skończył. Pracy w sądzie nie było dla człowieka z takim „złym pochodzeniem”. Sędziami i prokuratorami zostawali za to często ludzie po sześciu klasach szkoły podstawowej. I bez wahania decydowali o życiu lub śmierci wrogów systemu.
    Chłopak znalazł na szczęście pracę biurową w AZS Kraków. Uprawiał też sport: stał na bramce w drużynach hokeja i piłki nożnej. I tak doczekał końca stalinizmu. W 1957 roku, po „odwilży”, w końcu przyjęto go na aplikację sędziowską.

    Był świetnym studentem. Partyjni towarzysze z sądu zaczęli go kusić latem 1959 roku: „Kolego, widzielibyśmy was na stanowisku prezesa któregoś z sądów powiatowych. Ale, sami rozumiecie, to jest stanowisko dla członków partii... Musicie wypełnić tę deklarację” – usłyszał. – „Mój ojciec by się w grobie przewrócił. Przecież panowie wiecie, jaka krzywda go spotkała” – odpowiedział.
    Inny sędzia przyjął odmienną taktykę. Bardzo się zainteresował ojcem Bogusława. – Chciał mnie wystraszyć. Ten człowiek, zanim został sędzią, był pracownikiem UB – wspomina dzisiaj sędzia Nizieński.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół