• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Rodzina ekstremalna

    Jarosław Dudała

    |

    GN 18/2008

    dodane 06.05.2008 16:34

    Prowadzenie rodzinnego domu tylko tym różni się od sportów ekstremalnych, że np. skoki z mostu głową w dół wykonuje się tylko dla siebie. A rodzinny dom dziecka prowadzi się dla innych, najbardziej potrzebujących. Ale skrajne emocje w obydwu przypadkach są równie silne.

    Kamienica niedaleko wrocławskiego dworca, stiuki na ścianach i sufitach. W dużym, ładnie urządzonym mieszkaniu Małgorzata i Bogdan Połoneccy prowadzą rodzinny dom dziecka. Ich biologiczni synowie wyfrunęli już z rodzinnego gniazda. Od 6 lat Połoneccy mają 7 przygarniętych dzieci w wieku od 9 do 14 lat. – Jesteśmy małżeństwem harcerskim. Zawsze funkcjonowaliśmy „w stadzie”: harcerskim czy kościelnym. Kiedy w wieku 46 lat miałam przejść na nauczycielską emeryturę, zobaczyłam billboard, zachęcający do prowadzenia rodzinnego domu dziecka – mówi Małgorzata Połonecka. Spośród siódemki jej nowych dzieci czworo ma poważne problemy zdrowotne (upośledzenie umysłowe, epilepsja, porażenie mózgowe). Pięć, sześć wizyt lekarskich tygodniowo to norma. Pierwsze, co tracą prowadzący rodzinny dom dziecka, to znajomi. Odsuwają się, bo przybrani rodzice nie mają czasu na kontakty towarzyskie.

    Big Brother
    Znika też wszelka intymność. – Ciągle mamy wokół siebie dzieci, przychodzą wolontariusze. Żyjemy jak w Big Brotherze – mówi zastępcza mama. Przybranych dzieci, nawet kilkunastoletnich, nie wolno choćby na chwilę zostawić samych, bo zastępczy rodzic odpowiada za nie tak, jak nauczyciel za uczniów czy wychowawca za kolonistów. Dlatego nawet na zakupy jedzie tylko jeden z małżonków albo cała gromadka. – Jesteśmy bez przerwy razem jak kosmonauci – mówi pani Małgorzata. Urlop? Teoretycznie należy się tyle, ile przewiduje kodeks pracy. Ale żeby wyjechać gdzieś bez dzieci, trzeba im zapewnić opiekę, wysłać na jakieś kolonie. A jaki organizator wypoczynku weźmie na wakacje dzieci, które mają np. epilepsję? Praktyka jest więc taka, że w ciągu 6 lat Połoneccy mieli dla siebie tylko 10 dni, które wykorzystali na pobyt w sanatorium. To było podczas ostatnich ferii zimowych. Dzieci wyjechały wówczas na wypoczynek organizowany przez jedną z fundacji.

    Kontrole, kontrole, kontrole
    Kolejny jej problem to biurokracja. – Boli nas brak zaufania, że jesteśmy ludźmi odpowiedzialnymi i nie krzywdzimy dzieci. Mamy 5 organów nadzoru: Urząd Wojewódzki, Urząd Miejski, Miejski Ośrodek Opieki Społecznej, Ośrodek Adopcyjno-Opiekuńczy i sądy – mówi pani Małgorzata. Jej mąż, zgodnie z prawem, musi mieć pracę poza rodzinnym domem dziecka, więc na nią spada m.in. spisywanie planów pracy z dziećmi (podobnymi do tych, które opracowują nauczyciele) i kart pobytu dziecka (co miesiąc trzeba opisać problemy zdrowotne i szkolne każdego dziecka oraz ich kontakty z rodzicami biologicznymi).
    – Kontrole przychodzą często. Mam wtedy 3 dni wyjęte z życia, żeby pouzupełniać dokumentację. A jak już przyjdą, to nawet nie rozmawiają z dziećmi, tylko sprawdzają papiery. Na co dzień nie ma czasu, żeby dbać o całą tę papierologię, bo dzieciaki mają takie deficyty emocjonalne, że mój główny problem jest następujący: kogo teraz przytulić? Z tego powodu lepiej, żeby małżeństwo, które decyduje się otworzyć rodzinny dom dziecka, było bezdzietne albo miało dorosłe dzieci – mówi pani Małgorzata, dodając, że w jednym z rodzinnych domów dziecka zdarzyło się, że nowo narodzone biologiczne dziecko było duszone przez przybrane rodzeństwo.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół