• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Władca śniegu

    Weronika Gurdek, współpracowniczka "Małego Gościa"

    |

    GN 36/2009

    dodane 03.09.2009 15:31

    Jasiek Mela, pierwszy niepełnosprawny zdobywca biegunów Ziemi, niewidomy Łukasz Żelechowski i walczący od 20 lat z nowotworem Piotr Pogon zdobyli najwyższy szczyt Kaukazu – Elbrus. Ich wyprawie patronował „Gość Niedzielny”.

    Elbrus to kraina śniegu. Jesteś na granicy wyczerpania, a wkoło ciebie szaleje zamieć. Padasz i po kilku minutach jesteś pod śniegiem. Znikasz. Rocznie na Elbrusie ginie około dwudziestu osób. Tuż po naszej wyprawie w lawinie na sąsiedniej górze zginęło dwóch Ukraińców. To jest prawdziwe igranie z żywiołem – wspomina Jasiek Mela. Elbrus (5642 m n.p.m.), najwyższy szczyt Kaukazu, zaliczany do Korony Ziemi, uchodzi za stosunkowo prostą górę, na którą wejście nie nastręcza wyjątkowych trudności wspinaczkowych. Wyprawa fundacji Jaśka Meli „Poza Horyzonty” pokazała, że „łatwe góry” nie istnieją. Choć przedsięwzięcie zakończyło się sukcesem i wszyscy uczestnicy stanęli na szczycie, to jednak w ich relacjach wiele jest momentów grozy. Jednym słowem – było ciężko.

    Tupolew gotowy do startu
    Wyprawa rozpoczęła się w Warszawie. Dzień przed odlotem cała ekipa ostatni raz sprawdziła sprzęt. Rosyjskie linie lotnicze dają dwudziestokilogramowy limit na bagaż, a za każdy dodatkowy kilogram każą słono płacić. – 25 lipca o godzinie 15.00 rosyjskiego czasu wylądowaliśmy w Moskwie – opowiada Łukasz Żelechowski. – Tam czekała nas przesiadka na samolot do Mineralnych Wód. Mieliśmy okazję polatać 40-letnim Tupolewem! Na miejscu przywitał nas ponad 30-stopniowy upał. Poczuliśmy się jak na wczasach w Hiszpanii. W końcu to podobna szerokość geograficzna – śmieje się Łukasz. Jeszcze tego samego dnia do ekipy dołączył operator telewizyjny. – Nazajutrz pojechaliśmy do Tereskola. To mała miejscowość położona u stóp Kaukazu. W Tereskolu podeszła do nas kobieta i zaoferowała wynajem mieszkania na czas wyprawy. Jak się później okazało, jej wujek był pierwszym Bajkarem, który zdobył Mount Everest. Dla nas to była świetna motywacja do dalszego działania! Sprawami organizacyjnymi w czasie wyprawy zajmował się Piotr Pogon. – Rosja to kraj, w którym jedyną sprawczą moc ma papier, a jedyną władzę – mundurowy. Musieliśmy się z tym liczyć. W miejscowych urzędach załatwiliśmy tzw. obir, czyli tymczasowe zameldowanie, oraz pozwolenie na działalność w strefie przygranicznej. Oczywiście za każdy taki glejt trzeba płacić. Nie ma zmiłuj – opowiada Piotr.

    Czeget, czyli aklimatyzacja
    Kolejny dzień wyprawy ekipa przeznaczyła na wyjście aklimatyzacyjne na Czeget (3600 m n.p.m.). – Na wysokość 3000 m wjechaliśmy kolejką, kolejne 600 m przeszliśmy już pieszo. Na Czeget wchodzą wszyscy, którzy później idą w wyższe partie Kaukazu. Chodzi o to, żeby stopniowo przyzwyczajać organizm do wysokości. Na górze spotkaliśmy grupę Rosjan, których przewodnik nagle wyciągnął saksofon i zaczął grać! – wspomina Jasiek Mela. – Ale równocześnie czuło się obecność wojska. Czeget to pogranicze z Abchazją, niedaleko Gruzja. Widzieliśmy posterunki żołnierzy, którzy stali w wykopanych jamach, wściekli na wszystkich dookoła – dodaje Piotr. Po powrocie do Tereskola zaczęło się gorączkowe sprawdzanie prognoz pogody. – Nie wyglądało to dobrze. Większość prognoz zapowiadała deszcz i tylko krótkie okno pogodowe. Nie mieliśmy więc czasu do stracenia. Musieliśmy ruszać zaraz następnego dnia. I jak najszybciej znaleźć się na górze – wspomina Piotr.

    Panowie, wchodzicie?
    Z Tereskola, położonego na wysokości 2200 m n.p.m., można się dostać na wysokość 3750 m n.p.m., do tzw. Beczek na zboczu Elbrusu. – Rosjanie zbudowali tam kolej linową. Między kolejnymi stacjami: Azau, Krugozor i Mir, kursuje wagonik podobny do tego na Kasprowy Wierch. A do Beczek wyjeżdża wyciąg krzesełkowy – wyjaśnia Łukasz. – Dlaczego Beczki? To jedna z większych atrakcji Elbrusu. Nazwa wzięła się od beczek po paliwie rakietowym i obecnie służą one za schron dla turystów! – Jest tam nawet całkiem przytulnie – uśmiecha się Łukasz. – Następnego dnia wyszliśmy do kolejnej bazy, na wysokość 4100 m n.p.m., która położona jest obok ruin dawnego schroniska Priut 11. Rozbiliśmy obóz. Przyszła taka wichura, że o mało nie porwało nam namiotów. Do przedsionków nasypało 40 cm śniegu, przymroziło butle z gazem. O 2.00 w nocy ruszyliśmy na szczyt. Ratrak wywiózł nas do Skał Pastuchowa (4700 m n.p.m.). Widoczność była ograniczona do półtora metra. Rosjanin, który prowadził ratrak, popatrzył na nas znacząco i zapytał: „Panowie, wchodzicie?”.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół