• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Rodziny ciąg dalszy

    Ks. Roman Tomaszczuk

    |

    GN 48/2008

    dodane 01.12.2008 16:40

    Szkoła z duszą - Jak utrudnić dzieciom życie, żeby potem były zwycięzcami? Wysłać je do salezjańskiej szkoły.

    Uśmiechnięta od ucha do ucha siostra Danuta Kowal upiera się, że chce mi pokazać ducha rodziny. W tym celu nie zamierza zaprowadzić mnie do klasztoru czy do swoich przyjaciół z Dzierżoniowa. Wchodzimy do szkoły. Typowa „tysiąclatka” jest w opłakanym stanie. – Proszę się nie martwić, ten budynek mamy od niedawna i powoli go remontujemy. Będzie lepiej – zapewnia siostra dyrektor. Zaprasza do kolejnych klas podstawówki i gimnazjum. Rozmowa z uczniami, obserwacja pracy nauczycieli, a potem opowieści rodziców przekonują: mury to tylko dodatek. Istota tkwi o wiele głębiej.

    Wiedza – pierwsze skrzydło
    Mała Wiktoria dopiero zaczyna uczyć się pod okiem salezjanek. Jest jednym z czternaściorga dzieci z pierwszej klasy. Entuzjazm widać tu gołym okiem. Jej rówieśnicy z zapałem opowiadają o swoich szkolnych dokonaniach. Lubią tu przychodzić, bo – jak mówią – jest fajnie i literki są super, i koledzy też. Kasjan zdobywa się nawet na wyznanie: kocham naszą panią. Rodzice podzielają zdanie swoich dzieci. Ewa Michalak obie córki posyła do Zespołu Szkół Sióstr Salezjanek. – Małoliczne klasy pozwalają nauczycielowi na śledzenie postępów w nauce każdego ucznia – mówi. – Na bieżąco wiem, co dzieje się z Asią i Krysią.

    Gdy proszę nauczyciela o informacje, wiem, że nie będzie próbował zbyć mnie ogólnikami, bo naprawdę zna moje dziecko. To, czego nie zauważę w domu, on wyłapie w szkole. Cenię sobie taką współpracę – podkreśla. – Nauczyciele są otwarci na nasze sugestie. Wiedzą, że w relacji z nimi nie jesteśmy petentami, ale partnerami. Ufam im, oddając swoje dziecko na kilka godzin pod ich opiekę, i mam pewność, że to, co się wydarza w szkole, jest zgodne z moją ojcowską miłością – mówi Sławomir Parzonka. – Gdy nasze dzieci szły do szkoły, zastanawialiśmy się z żoną, co chcemy im zapewnić. Wybraliśmy: przyjazne i bezpieczne środowisko życia i kontynuację wychowania rodzinnego. Dlatego uczą się u salezjanek – dodaje.

    Wiara – skrzydło drugie
    – Pewnie, że są takie koleżanki, które uważają, że musimy zostać zakonnicami – uśmiecha się Basia, gimnazjalistka, która od 3. roku życia uczy się w salezjańskich placówkach, i wciąż nie ma dosyć. – Jesteśmy zupełnie normalne. Zależy nam tylko, żeby ta normalność była ewangeliczna – uśmiecha się i opowiada o działającej od roku Salezjańskiej Wspólnocie Ewangelizacyjnej. – To nasz sposób na autentyczność i konsekwencje w życiu – dodaje Ania. – W szkole nie ma jakiegoś szczególnego nacisku na sprawy religijne. Dlatego założyliśmy tę grupę, żeby pogłębiać naszą wiarę. Kasia i Justyna zastrzegają: – Szkolna kaplica czasami świeci pustkami. Jako wierzący jesteśmy przeciętni. Dopiero, gdy chcemy powalczyć o więcej, odkrywamy, że Jezus mieszka z nami pod jednym dachem, że kaplica to bardzo skuteczna i ważna sala lekcyjna – mówią. Rodzice widzą to trochę inaczej. – Świadomie utrudniamy dzieciom życie. Ewangelia nie jest łatwa. Jezus ostrzega, że to wąska, stroma ścieżka i krzyż – mówi Sławek. – Jednak sprawdziliśmy, że tylko taka droga ma sens i daje solidny fundament pod dom życia – przekonuje. – Dlatego potrzebujemy sprzymierzeńców w konsekwentnym realizowaniu naszych wartości. Salezjanki sprawdzają się tu w stu procentach – podkreśla.

    Miłość – szybowanie ku niebu
    – Wszystkie dzieci nadają się do tej szkoły – zapewnia Elżbieta Ołoszczyńska. – Jednak nie wszyscy rodzice powinni do tej szkoły posyłać swoje dzieci. System wychowawczy stosowany w salezjańskich placówkach oparty jest na ścisłej współpracy rodziców, uczniów i nauczycieli. Jeżeli któreś ogniwo zawodzi, nie będzie spodziewanych owoców – precyzuje. Nie wystarczy jednak postulować zaangażowania rodziców. Trzeba im dać ku temu sposobność. Rodzice salezjańskich uczniów znają się bardzo dobrze i wiedzą, że także oni tworzą atmosferę placówki. Nawet nie próbują zrzucać na szkołę całej odpowiedzialności za wychowanie dzieci. Wystarczy im pomoc z jej strony. Dlatego nie tylko organizują, ale także biorą udział w kilku szkolnych wydarzeniach. Ostatnio była to Cecyliada. – Z każdej klasy rodzice, uczniowie i nauczyciele popisywali się swoimi talentami muzycznymi – opowiada Sławomir Parzonko. – W wakacje już po raz trzeci wzięliśmy udział w rodzinnym spływie kajakowym, a pod koniec roku bawimy się na festynie szkolnym – wylicza. – Do tego dochodzą jeszcze specjalne konferencje i szkolenia, które dają nam nową wiedzę na temat wychowania – zaznacza Ewa Michalak. – Szkoła staje się w ten sposób naturalną kontynuacją domu, a nie obcym czy nawet wrogim światem – mówi.

    Ideał – to znaczy: tu i teraz
    – Kocham dzieci i swoje zgromadzenie – wyznaje siostra dyrektor. – Dlatego dzieciom i rodzicom oddaję swoje serce, które jest uformowane w szkole ks. Bosko. Wierzę, że system zapobiegania patologii serca, umysłu i sumienia jest bardziej skuteczny, niż leczenie ran zadanych przez brak wartości albo antywartości – dopowiada. I wszystko staje się jasne. Okaleczone zębem czasu mury szkoły rzeczywiście są tylko dodatkiem do tego, co jest o niej pełną prawdą: że wychowanie, także w szkole, potrzebuje pełnego zaangażowania i klimatu, który rodzi się w rodzinie.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół