• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • „Pod blokiem” rodzą się marzenia

    dodane 09.11.2017 00:00

    O tym, co robił „pod blokiem”, prezydenturze w Warszawie i dzieciach z zespołem Downa mówi wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki.

    Bogumił Łoziński: Jeden z Pana znajomych z Opola na wieść, że Patryk Jaki został wiceministrem, powiedział mi: „Będzie się działo”. Pan tak ma, że wokół Pana zawsze coś „się dzieje”?

    Patryk Jaki: Kiedy się w coś angażuję, to wszystkimi siłami – i w tym sensie to racja. Mój temperament ma wady, bo może czasem powiem za dużo, ale i zalety, bo na przykład potrafię przebić mur, którego nikt inny nie skruszy. Jak w przypadku mafii reprywatyzacyjnej.

    Ostatnio było o Panu głośno z powodu publikacji portalu Gazeta.pl, gdzie zamieszczono zdjęcie Patryka Jakiego z młodości, wytykając mu, że chodził w dresie i „stał pod blokiem”.

    „Gazeta Wyborcza” raz w tygodniu chce we mnie uderzyć. Tylko ma problem, bo nie bardzo ma za co. Nie jest pracowity? Nie, ma bardzo dużo projektów. Nieskuteczny? Też nie da się udowodnić, że komisja weryfikacyjna nie pomaga ludziom. To sobie wymyślili, że jak był młody, to „stał pod blokiem”. Na zasadzie, że jak chcesz uderzyć psa – kij się znajdzie.

    Pana odpowiedź: „Tak, stałem pod blokiem, a nawet w nim mieszkałem, tak jak miliony Polaków”, wywołała w sieci falę solidarności z Panem i krytyki „Wyborczej”. Spodziewał się Pan takich reakcji internautów?

    Ich reakcja mnie zaskoczyła, nie spodziewałem się, że tyle osób stanie w mojej obronie. Nie każdy miał wille. Nie każdy miał w życiu z górki jak resortowe dzieci. Trzeba było pracować dwa razy ciężej, żeby coś w życiu osiągnąć. I boli ich to, że taki ktoś „ze zwykłego osiedla” przecina układy, zabiera im państwo, które sobie sprywatyzowali. Zrobili sobie z Polski prywatne eldorado i teraz, kiedy im to odbieramy – gryzą. Używają tak żałosnych argumentów. Ich zdaniem o Polsce mogą decydować tylko ci, którzy mieszkają w willach. A najlepiej ci, którzy nakradli naszego wspólnego majątku w wyniku złodziejskiej transformacji. Wtedy powstali ci bogaci (ci, którzy mieli układy z komunistami, dostali banki, telewizje etc.) i cała reszta, która nie miała prawa do decydowania o własnej ojczyźnie. Dlatego nieudolna próba zdyskredytowania mnie uderzyła rykoszetem w „Gazetę”. To zdjęcie pochodzi z okresu, kiedy środowisko, które reprezentowała „Wyborcza”, uznało, że taki „motłoch” z blokowisk nie będzie decydować o Polsce. M.in. dlatego uczestniczę w życiu publicznym, bo samozwańcze elity III Rzeczpospolitej zbudowane po Okrągłym Stole kompletnie nie rozumieją dzisiejszej rzeczywistości, sposobu myślenia zwykłych Polaków, którzy nie dostali nic w wyniku porozumień z 1989 r. Te pseudoelity nie wiedzą, że pod blokiem nie pije się tylko piwa, jak im się wydaje, ale tam wychowały się miliony Polaków, którzy też mają swoje aspiracje, ciężko pracują; niektórzy osiągnęli sukces.

    A co Pan robił pod swoim blokiem?

    To nie jest żadna tajemnica. Jak wielu moich kolegów byłem chłopakiem, który całą młodość ganiał za piłką. Dla nas, ludzi wychowanych w wielkich blokowiskach, piłka była szansą na zrobienie kariery sportowej i wyrwanie się stamtąd.

    Pan kariery piłkarskiej nie zrobił.

    Zabrakło mi talentu, ale z piłką wiąże się moje zaangażowanie publiczne. Mój blok znajdował się obok boiska, które – jak wiele innych w latach 90. – było żwirowe. Często wracaliśmy z chłopakami zakrwawieni, bo upadek na takiej nawierzchni oznaczał ranę. Do dziś mam ma nodze blizny po tej grze. Im byłem starszy, tym bardziej marzyłem, aby w tym miejscu powstało boisko z prawdziwego zdarzenia. Ktoś mi powiedział: „Jak chcesz zmieniać rzeczywistość, to idź do polityki”. Skorzystałem z tej wskazówki i zostałem radnym. Pierwszą rzeczą, jaką udało mi się zrobić, była budowa boiska ze sztuczną trawą i oświetleniem (na miejscu tego żwirowego), na którym chłopcy z bloków do dziś grają. To jest jedna z rzeczy, z których najbardziej czuję się dumny.

    Jest Pan bardzo aktywny na Twitterze, gdzie często zamieszcza Pan mocne wypowiedzi, np. o „islamskiej zarazie”. Nie za ostro?

    To jest prawda, że Polsce zagraża islamska zaraza, i nie wiem, czego mam się wstydzić. Problemem wielu ludzi publicznych jest to, że poddają się poprawności politycznej. Dlatego właśnie mamy tak słabe elity, bo salon dyktował im, co mają myśleć. Wystarczy kilka artykułów w lewicowo-liberalnych mediach i zapominają o swoim kręgosłupie.

    Chodzi mi o to, czy można tak mówić o wyznawcach islamu.

    Ja nie mówiłem o wszystkich wyznawcach islamu, tylko o ich radykalnej części, która odpowiada za ataki terrorystyczne i chce nas, chrześcijan, przepędzić i upokarzać. Już kiedyś mówiłem, i to powtórzę: obrona Polski przed napływem tego „islamu” to jedno z moich najważniejszych zadań w życiu publicznym.

    Ostro krytykował Pan także prezydenta Andrzeja Dudę za zawetowanie ustaw sądowych. Gdy pojawiła się zapowiedź, że to zrobi, zasugerował Pan, że „wymiękł” w obawie przed postkomunistycznym układem.

    Nie ukrywam, że jestem krytyczny wobec tych wet pana prezydenta. Zatrzymały one reformę wymiaru sprawiedliwości. Prawda jest taka, że gdyby nie weta, nie mielibyśmy dziś na przykład problemu z tym, że sędziowie Krajowej Rady Sądownictwa wzięli jako zakładników 270 młodych kandydatów na asesorów, nie dopuszczając ich do orzekania. Czasem trzeba odważnie pójść pod prąd, nie bać się tego, że kilkanaście tysięcy ludzi wyszło protestować, tylko po prostu zmieniać Polskę. Gdyby nasi przodkowie tak się bali, to nie mielibyśmy Konstytucji 3 maja. Jeśli ktoś uważa, że można się dogadać z panią Gersdorf czy z panem Żurkiem i innymi sędziami KRS, którzy teraz odrzucili asesorów, to moim zdaniem jest naiwny.

    Nie widzi Pan problemu w tym, że w jednej z zawetowanych ustaw minister sprawiedliwości mógł w fazie przejściowej decydować o składzie Sądu Najwyższego?

    Dla mnie to nie jest kontrowersyjne. Tak byłoby przez miesiąc, a potem sędziów do Sądu Najwyższego i tak wybrałby KRS. Musimy zrozumieć, gdzie tkwi problem polskiego sądownictwa.

    Gdzie?

    Przede wszystkim w ludziach. Dotychczasowe elity sędziowskie bronią sędziego złapanego za rękę na kradzieży, a tępią młodych prawników. Dlatego odsunięcie skompromitowanych sędziów jest konieczne. Albo jest dla nas ważna silna Polska, albo sondaże. Warto pamiętać, że sondaże przemijają, a Polska zostaje.

    Platforma Obywatelska przedstawiła swojego kandydata na prezydenta Warszawy. Patryk Jaki jest wymieniany w gronie polityków PiS, którzy będą ubiegać się o tę funkcję. Wystartuje Pan w wyborach?

    Jestem gotów kandydować, ale jeśli nie zostanę wystawiony, to też nic się nie stanie. Marzeniem polityka jest to, aby mieć narzędzia do zmiany rzeczywistości, i ja dzisiaj je mam. Mam też mnóstwo pomysłów, aby zmienić funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości. Dlatego gdy zostanę w tym miejscu, to i tak będę usatysfakcjonowany. W Polsce jest jeszcze wiele do naprawy.

    Co według Pana jest największym problemem Warszawy?

    Trzeba uporządkować nieprawidłowości po aferze reprywatyzacyjnej, która spowodowała zacofanie inwestycyjne stolicy o dekadę. Hanna Gronkiewicz-Waltz, zamiast przeznaczać miliardy złotych na inwestycje, dawała je złodziejom. Oczywiście oprócz tego jest jeszcze wiele innych problemów.

    Na przykład?

    Gigantyczne trudności komunikacyjne. Obowiązywała ideologia, aby w centrum likwidować pasy dla samochodów i zamykać parkingi, po to by zmusić ludzi do jazdy miejskimi środkami lokomocji.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół