• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Rozkrajanie Europy

    Jacek Dziedzina

    |

    GN 41/2017

    dodane 12.10.2017 00:00

    Czy Katalonia uruchomi efekt domina w europejskich regionach o silnych tendencjach separatystycznych? Grunt sprzyjający temu procesowi jest dosyć mocny. I ma silne wsparcie z zewnątrz.

    Mam marzenie („I have a dream”). Władimir Putin, obserwując wydarzenia w Katalonii, musiał z uśmiechem powtórzyć słynne słowa Martina L. Kinga (wypowiedziane w zupełnie innym kontekście). Marzenie o poszatkowanej na kawałki Europie należy do największych w dalekosiężnych planach prezydenta Rosji. Zwłaszcza że na europejskiej mapie jest dużo więcej obiecujących pod tym względem regionów niż tylko Katalonia. Rolę Moskwy w promowaniu separatyzmów (oczywiście poza terytorium Rosji) przypomniała prasa hiszpańska, wskazując, że w 2015 r. to właśnie Moskwa zorganizowała międzynarodowy kongres secesjonistów. W sprawie Katalonii na dwie doby przed nielegalnym referendum osoby i instytucje związane z Kremlem zwiększyły aż o 2000 proc. (!) swoją aktywność na portalach społecznościowych, promując ideę niepodległości. Rosyjskie serwery przejęły też katalońskie strony internetowe propagujące referendum po ich zamknięciu przez hiszpańskie sądy.

    Nie ma wątpliwości, że rosyjska gra na rozbicie Europy nie jest prowadzona w próżni. Odpowie- dni grunt tworzą od dekad separatyści w różnych regionach. To ruchy mocno zróżnicowane, jeśli chodzi o motywacje i cele – czasem są to rzeczywiście odrębne grupy etniczne lub nawet narodowe, a czasem społeczności regionalne, które taką odrębność starają się sztucznie wykreować; niektórym chodzi tylko o większą autonomię, innym o realną separację od państwa, w którym funkcjonują. Przypadek Katalonii nie pozostanie bez wpływu na tendencje separatystyczne w Europie. Efekt domina jest mocno prawdopodobny. A Władimir Putin wie, że jego marzenia czasem się spełniają.

    Federacja – separacja

    Niezależnie od tego, co jest główną motywacją ruchów separatystycznych i autonomistów, tendencja do separacji jest dziś jednym z głównych wyzwań Europy. Kontynentu, teoretycznie zintegrowanego jak nigdy w dziejach, w rzeczywistości zaś targanego coraz większymi podziałami między państwami oraz dążeniem różnych regionów do oderwania się od danego kraju. Czasami są w tym racje historyczne, często jednak również próba budowania własnej odrębności od podstaw. Nie bez znaczenia jest również rola Unii Europejskiej, która walcząc z tradycyjną rolą państw narodowych, przez lata wspierała ideę Europy regionów. Paradoks polega na tym, że promując ideę federacji europejskiej, w której państwa narodowe nie mają już takiego znaczenia jak dawniej, Unia nie potrafiła jednocześnie przekonać separatystów do modelu federacyjnego państw, w których takie ruchy są najsilniejsze. Co więcej, do pewnego stopnia polityka regionalna UE wsparła de facto tendencje separatystyczne. Okazało się bowiem, że pompowanie setek miliardów euro w ramach tzw. polityki spójności nie tylko nie zmniejszyło różnic w rozwoju poszczególnych regionów, ale w niektórych przypadkach doprowadziło do zahamowania reform oraz do zaniedbań w podnoszeniu konkurencyjności gospodarek. W efekcie największe inwestycje światowych i lokalnych koncernów były i są nadal lokowane w najbogatszych regionach, które stały się jeszcze bogatsze dzięki funduszom przeznaczonym na wyrównanie poziomu rozwoju. A najsilniejsze ruchy separatystyczne rozwijają się nie tylko w silnych tożsamościowo regionach, ale przede wszystkim w regionach najbogatszych, które zaczynają dążyć do samodzielności budżetowej (większej, niż daje im autonomia). Nie bez powodu Szkocja, która ma najwięcej powodów historycznych i tożsamościowych, by utworzyć znowu własne państwo, zaczęła przymierzać się do zerwania unii z Londynem, dopiero gdy odkryto ogromne złoża ropy na Morzu Północnym, które mogłyby uczynić z niej drugą Norwegię.

    Międzynarodówka

    W tym kontekście warto przyjrzeć się działalności Wolnego Sojuszu Europejskiego (EFA – European Free Alliance). To pan- europejska partia (ma swoją grupę, wraz z Zielonymi, w Parlamencie Europejskim), do której należy kilkadziesiąt ugrupowań z całej Europy, reprezentujących – jak same się przedstawiają – „narody bez państw”. Towarzystwo jest nierówne – nie tylko pod względem ideologicznym, ale też w kwestii stopnia kontestacji państwa, w którym te ugrupowania działają. Są zatem „zwykli” autonomiści, żądający większej swobody w zarządzaniu regionem, ale bez postulatów odrywania się od kraju, są też zdeklarowani separatyści, dążący do ogłoszenia niepodległości. Są i tacy, którzy wprawdzie oficjalnie mówią tylko o autonomii, ale w praktyce robią wszystko, by umacniać nastroje separatystyczne. EFA zrzesza zarówno ruchy reprezentujące faktyczne narody, mające nawet swoje tradycje państwowe, jak i ruchy, które pojęcie odrębnego narodu stworzyły na własny użytek. W tak różnorodnej rodzinie swoje miejsce znalazł nawet Ruch Autonomii Śląska. „Drodzy śląscy przyjaciele, życzymy wam Śląska wolnego od polskiej okupacji” – pisali kiedyś autonomiści z francuskiej Bretanii do kolegów z RAŚ. Przedstawiciele bretońskich separatystów deklarują udział w corocznym Marszu Autonomii organizowanym przez RAŚ w Katowicach. Ruch Autonomii Śląska nie kryje powiązań z EFA. Parę lat temu na swojej stronie internetowej zamieścił list przewodniczącego partii. François Alfonsi, zapowiadając udział w marszu, napisał: „EFA jak zawsze będzie Was wspierać. Już za kilka dni, podczas Marszu Autonomii, razem przejdziemy ulicami Katowic, domagając się, aby Warszawa wreszcie spojrzała prawdzie w oczy i uznała prawo Ślązaków do samostanowienia”. Użycie słowa „samostanowienie” nie jest przypadkowe. To de facto uznanie „narodu śląskiego” (którego istnienie kwestionują naukowcy, sądy i trybunały europejskie), pojęcia wykreowanego przez środowiska autonomistów i separatystów na Śląsku.

    Sto flag Europy

    Druga nazwa Wolnego Sojuszu Europejskiego brzmi: Europa Stu Flag. Jego członkowie uznają, że w Europie istnieje mniej więcej sto narodowości i grup etnicznych, które nie posiadając własnej państwowości lub chociażby szerokiej autonomii, duszą się w państwach unitarnych. Niechęć do takiego państwa (jak Polska czy Francja) jest wspólnym mianownikiem łączącym wszystkie ugrupowania wchodzące w skład EFA. Ale wrogiem okazuje się nawet państwo federacyjne (jak Niemcy czy Wielka Brytania), które daje regionom bardzo szeroką autonomię. Nawet Hiszpania, w której Katalonia czy Kraj Basków mają samodzielność, o jakiej inne regiony mogą tylko pomarzyć, nie jest kochaną ojczyzną. Nieprzypadkowo na meczach reprezentacji Hiszpanii kibice katalońscy i baskijscy regularnie gwiżdżą podczas wykonywania hiszpańskiego hymnu (kibice Ruchu Chorzów, milczący wymownie podczas wykonywania hymnu Polski, wypadają na tym tle niezwykle… kulturalnie).

    Rodzina EFA jest pod każdym względem mocno egzotyczna. Mamy tam zarówno Słoweńców z austriackiej Karyntii, Macedończyków z Bułgarii, belgijskich Niemców, Morawian, którzy najchętniej pożegnaliby się z Czechami, jak i Partię Bawarską, która pomimo szerokiej autonomii, jaką mają landy niemieckie, nie czuje się dobrze w republice federalnej. Separatyści baskijscy, którzy dotąd byli wzorem i motorem napędowym dla pozostałych członków, ze szczególną uwagą śledzą wydarzenia w Katalonii. Trudno powiedzieć, czy Baskowie zdecydują się na podobny krok – z pewnością będzie to dla nich trudniejsze choćby dlatego, że jest to region uboższy niż Katalonia. Na wydarzenia w Hiszpanii patrzą również z uwagą coraz silniejsi separatyści z Francji: działają tam partie Sabaudczyków, Oksytanii, Bretanii, Alzacji czy Prowansji. Osobny rozdział to separatyści z Korsyki, o której mówi się, że w pierwszej kolejności zechce pójść w ślady Katalonii. Na Katalonię z nadzieją spoglądają również autonomiści i separatyści z Italii, zwłaszcza z Tyrolu Południowego czy Sardynii.

    Jest o czym marzyć

    Można by długo wymieniać kolejne regiony, jednak już powyższa lista pokazuje, że Europa ma powody do zmartwienia na kolejne lata nie tylko z powodu kryzysu integracji czy problemu migracyjnego, ale również z powodu tendencji rozsadzania państw unitarnych i federacyjnych od wewnątrz. A proces ten z pewnością nabierze tempa w związku z wydarzeniami w Katalonii. Problem nie polega na tym, że grupy regionalne, etniczne czy narodowe mają poczucie odrębności i domagają się większej emancypacji. Problem polega na tym, że separatyzm bazuje najczęściej na złudnym przekonaniu, że „sami sobie lepiej poradzimy”. Dają się na to nabierać mieszkańcy tych regionów, bo na ludzkim strachu i pogłębianiu żalu do „innych” najłatwiej budować kapitał polityczny, a zwłaszcza separatystyczny. Tymczasem poza Szkocją, która miałaby najwięcej moralnych i historycznych racji, by zerwać unię z Londynem (choć jak dotąd w referendum większość Szkotów nie poparła takiego projektu), zdecydowana większość ruchów separatystycznych bazuje na tym fałszywym poczuciu samowystarczalności. Łatwiej zorganizować marsz miliona osób z poparciem dla niepodległości niż potem udźwignąć konsekwencje. Ale o nich już masy nie są informowane. W czasach międzynarodowego napięcia i realnego zagrożenia konfliktem na szerszą skalę promowanie różnych odcieni separatyzmu (nawet ubranych w „łagodną” autonomię) jest osłabianiem państw, także ich zdolności obronnych. Służby państw, które chciałyby to rozgrywać na swoją korzyść, mają duże pole do popisu. A Władimir Putin ma o czym marzyć.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół