• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Filmowe oblicza Jezusa

    Edward Kabiesz

    |

    GN 16/2017

    dodane 20.04.2017 00:00

    W filmie „Zmartwychwstały” Jezusa w nie widzimy zbyt często, ale Jego obecność czujemy cały czas.

    Oblicze Jezusa Chrystusa jest rozpoznawalne na całym świecie. Czy jednak wiemy, jak naprawdę wyglądał? W Biblii nie znajdziemy opisu fizjonomii Jezusa. W Księdze Izajasza, w jednej z tzw. Pieśni o Słudze Jahwe, które traktowano jako proroctwo mesjańskie, czytamy: „Nie miał postawy ani urody, które by pociągały nasze oczy, i nie był to wygląd, który by się nam mógł podobać”. Ewangeliści nie podali szczegółów dotyczących Jego cech fizycznych. Wiemy tylko, że był Żydem, więc prawdopodobnie miał ciemną skórę, oczy i włosy. Nie jest to zgodne z naszymi wyobrażeniami ukształtowanymi na podstawie malarstwa, rzeźby czy filmów. Artyści przedstawiali Jego twarz na wiele sposobów, a naukowcy podejmowali próby jej rekonstrukcji na podstawie Całunu Turyńskiego. W tym przypadku jednak nie fizyczność była najważniejsza. Wyjątkowość i tożsamość postaci Zbawiciela poznajemy przez wiarę, Jego czyny i nauczanie. Filmów, w których Jezus jest postacią pierwszo- czy drugoplanową, powstało od początków kina setki, ale tak naprawdę niewielu aktorów potrafiło stworzyć kreację, która na dłużej zapadłaby w pamięć widza.

    Jezus w filmach miał wiele twarzy. Ale to później, bo po entuzjastycznie przyjętych filmach pasyjnych z początków kina pojawiły się zastrzeżenia, szczególnie ze strony protestantów, do przedstawiania postaci Zbawiciela na ekranie. Właściwie dopiero na przełomie lat 50. i 60. Hollywood podjęło na nowo ten temat, realizując kilka superprodukcji z udziałem mniej lub bardziej znanych aktorów w roli Jezusa. Czy któryś z nich pod względem fizycznym pasował do wizerunku z Księgi Izajasza? Nie wydaje mi się. Ważniejsza niż fizyczność odtwórcy było jednak ujęcie postaci Jezusa zgodne z podejściem reżysera do tematu. Dla niektórych było to po prostu kolejne zawodowe przedsięwzięcie. Dla innych motywacją była wiara. Jednym z kluczowych elementów realizacji był wybór odtwórcy głównej roli. Szczególnie w filmach, gdzie Jezus był postacią pierwszoplanową.

    Wybór ten zawsze budził kontrowersje, niewielu aktorów podołało też temu wyzwaniu.

    Niebieskooki Jezus

    „Król królów” z 1961 roku był pod pewnym względem rewolucyjny. Większość filmów biblijnych postać Jezusa pokazywało bardzo wstrzemięźliwie, najczęściej z daleka. Nawet w „Ben Hurze”, nakręconym dwa lata wcześniej, nie widzimy twarzy Chrystusa ani nie słyszymy Jego słów. Chociaż imponujący, 3-godzinny „Król królów” Nicholasa Raya z jednej strony dosyć swobodnie potraktował niektóre z biblijnych postaci, to jednocześnie wyszedł poza cechującą wiele superprodukcji o życiu Chrystusa ilustracyjność. Filmowi można wiele zarzucić, ale znalazły się w nim sceny wywierające wrażenie swoją prostotą i dramatyzmem. Zadaniu nie podołał niestety Jeffrey Hunter obsadzony w roli Jezusa. Aktor miał wówczas 33 lata, wyglądał jednak o wiele młodziej. Przystojny, niebieskooki aktor przypominał bardziej młodzieżowego idola lat 60. niż postać z Ewangelii. W prasie pojawiały się nawet sugestie, by zmienić tytuł filmu na „Jestem nastoletnim Jezusem”. Było to ironiczne odniesienie do horroru „Byłem nastoletnim wilkołakiem” z 1957 roku. Realizując koncepcję reżysera, Hunter zagrał Jezusa jako sympatycznego, pokojowego buntownika, pozbawiając go wielu cech boskich.

      W „Opowieści wszech czasów” zapadającą w pamięć kreację stworzył Max von Sydow, ulubiony aktor Bergmana.
    George Stevens Productions /Collection Christophel/east news

    Sukces odniósł natomiast Max von Sydow, kreując postać Jezusa w „Opowieści wszech czasów” George’a Stevensa. Film klasyka amerykańskiego kina był ambitną i zarazem monumentalną próbą przeniesienia Ewangelii na ekran. Należał do najkosztowniejszych produkcji lat 60. z budżetem w wysokości prawie 20 mln dol. Stevens starał się zachować to, co w Ewangelii najważniejsze, czyli przesłanie, i zaakcentować w postaci Jezusa jej boski pierwiastek. W filmie znajdziemy przynajmniej kilka scen tchnących rzadko osiąganym na ekranie autentyzmem, przejmujących, działających na emocje widza. Obsada aktorska wzbudziła sporo kontrowersji, bo Stevens postawił na znane nazwiska, zatrudniając nawet w rolach epizodycznych gwiazdy światowego kina. Ostatecznie okazało się to posunięciem niezbyt zręcznym. Niektóre z gwiazd, pojawiając się przed kamerą na krótko, nie bardzo zdawały sobie sprawę z tego, w jakim filmie grają. Zdarzają się tu jednak wyjątki, czego przykładem może być José Ferrer w roli Heroda. Znakomitą, wyrazistą, zapadająca w pamięć kreację stworzył w filmie wspomniany już Max von Sydow, aktor grający w wielu dziełach Bergmana. Jego ekranowy Jezus porusza i wstrząsa widzem, oddając zarazem majestat i dobrowolne poniżenie Syna Bożego. Do czasów „Pasji” Mela Gibsona była to najciekawsza spośród aktorskich interpretacji postaci Chrystusa.

      Niebieskooki Jeffrey Hunter w „Królu królów” przypominał bardziej młodzieżowego idola lat 60. niż postać z Ewangelii.
    www.jeffreyhunter.net
    Jezus sulpicjański

    Dla wielu widzów, szczególnie starszych, pozostanie w pamięci postać Jezusa z telewizyjnego serialu Franco Zeffirellego wykreowana przez Roberta Powella. Nie tylko dlatego, że Powell był utalentowanym aktorem, ale ze względu na artystyczne walory i mocne osadzenie filmu w Ewangelii. W nakręconym w 1977 roku „Jezusie z Nazaretu”, podobnie zresztą jak w pozostałych filmach, reżyser starał się znaleźć współczesny punkt widzenia, dochowując jednocześnie wierności ewangelicznym przekazom. Jednocześnie, co nie udało się wielu twórcom, film podkreśla boską i zarazem ludzką naturę Zbawiciela. Centralną postacią jest Jezus, i to na Nim oraz Jego przesłaniu skupia się uwaga widza. Film Zeffirellego jest także najlepszym przykładem trudności, z jakimi spotyka się reżyser, szukając idealnego odtwórcy postaci Jezusa. W każdym przypadku jest to sprawa indywidualna, bo wszystko zależy od koncepcji, przekonań i światopoglądu reżysera. Widz w tych filmach widzi Jezusa oczami reżysera właśnie. Zeffirelli, w chwili kiedy przystąpił do kręcenia serialu, deklarował się jako katolik. Uważał, że „Ewangelię powinno się nie interpretować, ale ilustrować”. Chciał przedstawić to, „co boskie w historii”. Zanim dokonał wyboru odtwórcy roli Jezusa, długo szukał opisów Jego postaci u ojców Kościoła. Odrzucił kandydatury dwóch sławnych aktorów, czyli Dustina Hoffmana i Ala Pacino, chociaż obaj od strony fizycznej bardziej pasowali do tej roli. Hoffman miał nieregularne rysy twarzy, a Pacino z kolei – „twarz bizantyjską”. Ostatecznie wybrał Roberta Powella, aktora wówczas mało znanego. Po premierze filmu wielu krytyków polemizowało z wyborem reżysera. Interpretację Powella określano jako akademicką, przesłodzoną i banalną, będącą przykładem stylu sulpicjańskiego. Wbrew krytykom filmowy Jezus spodobał się publiczności, a dla wielu widzów stał się źródłem autentycznych duchowych przeżyć, w czym niewątpliwy udział miała „przesłodzona” interpretacja Powella. Okazało się, że stworzył on postać bliską widzowi.

      Robert Powell w „Jezusie z Nazaretu” Franco Zeffirellego stworzył postać bliską widzowi.
    Collection Christophel /east news

    Pisząc o filmowych twarzach Chrystusa, nie można pominąć „Ewangelii według Mateusza” Piera Paolo Pasoliniego. Marksista, skandalista i członek partii komunistycznej, z której został wyrzucony, w 1964 r. dokonał wiernej adaptacji tekstu Ewangelii, a swój film zadedykował „słodkiej pamięci Jana XXIII”. Kiedyś powiedział o sobie: „Być może i jestem człowiekiem niewierzącym, ale takim, który tęskni za wiarą”.

    Pasolini zaangażował do roli Chrystusa amatora, który przedstawiał zupełnie odmienny typ postaci niż aktorzy występujący w nakręconych do tej pory produkcjach. Chrystus, którego zagrał Enrique Irazoqui, baskijski student, jest stanowczy, zdecydowany, a nawet ostry; przypomina miejscami rewolucjonistę, który realizuje swoistą wizję społeczną.

    Jezus pasyjny

    Po premierze „Pasji” Mela Gibsona twarzą Chrystusa, i to chyba nie tylko filmową, stała się twarz Jamesa Caviezela. Nie było jeszcze na ekranach dzieła, które w sposób tak niezwykle wyrazisty, wykorzystując realistyczne, zbliżające się czasem do naturalizmu środki obrazowania, przedstawiłoby mękę i śmierć Jezusa. W tę konwencję całkowicie wszedł Caviezel, tworząc kreację, która pozwala widzowi dostrzec w postaci Jezusa jednocześnie jej ludzki i boski pierwiastek. Czujemy, że aktor niejako bierze udział w męce Zbawiciela. O Caviezelu i jego roli w filmie napisano już wiele, ale nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, choć może to zabrzmieć jak bluźnierstwo, że utożsamił się, przynajmniej w oczach widza, z kreowaną przez siebie postacią.

    Ostatnim zrealizowanym i godnym uwagi filmem z Jezusem jako postacią pierwszoplanową jest „Zmartwychwstały”, który niedawno gościł w naszych kinach. Godnym uwagi też z tego względu, że właściwa akcja rozgrywa się już po zmartwychwstaniu.

    Film Kevina Reynoldsa można nazwać właściwie thrillerem z chrześcijańskim przesłaniem. Clavius, rzymski trybun i zaufany Poncjusza Piłata, to taki osadzony w czasach Chrystusa detektyw, który na zlecenie prefekta dąży do odkrycia prawdy. Prawdy o Zmartwychwstaniu. Jezusa w filmie nie widzimy zbyt często, ale tak naprawdę staje się postacią pierwszoplanową, bo to Jego obecność cały czas czujemy.

    Zbawiciela zagrał w tym filmie Cliff Curtis. Zbudowanie tej postaci było trudnym wyzwaniem dla aktora, tym bardziej że Jezus w filmie nie mówi zbyt wiele. Aktor stworzył w „Zmartwychwstałym” postać pełną ciepła, zrozumienia i miłości do ludzi. Bliską kreacji Powella w „Jezusie z Nazaretu”.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół