• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Żyjemy w bańkach

    Tomasz Rożek

    |

    GN 7/2017

    dodane 16.02.2017 00:00

    Niby wszyscy wiedzą o tym, że prywatność w sieci to luksus. Ale chyba nie do końca zdajemy sobie sprawę z konsekwencji tej sytuacji. Już żyjemy w bańkach. A będzie tylko gorzej.

    Co to są bańki? To przestrzeń wokół nas. Co prawda spotykamy się z innymi ludźmi, ale przecież coraz rzadziej z nimi rozmawiamy. Coraz rzadziej u siebie bywamy. Warto powtórzyć coś, o czym w „Gościu Niedzielnym” pisałem wielokrotnie. Nigdy wcześniej w historii ludzkości nie mieliśmy tak nieskrępowanych możliwości kontaktu i komunikacji z drugim człowiekiem, a jednak nigdy wcześniej nie żyliśmy tak daleko od siebie. Paradoks ery powszechnej komunikacji.

    No dobrze, ale co z tego wynika? Ano to, że informacje o świecie czerpiemy coraz częściej tylko i wyłącznie z internetu. Nie konfrontujemy ich z opiniami innych, bo… nie mamy ku temu zbyt częstych okazji. Jak to możliwe, że największe kompendium wiedzy i największe źródło informacji, jakim jest ogólnoświatowa sieć internetowa, nie dostarcza nam kompletu informacji? Nie dostarcza ogólnej wiedzy o świecie? Wszystko rozbija się o pieniądze i naszą wygodę.

    Zamek to nie zamek

    Zaczęło się od wyszukiwarek internetowych. Jak ich nazwa wskazuje, mamy je po to, by nam ułatwiały życie. Są jak indeks książek w bibliotece. Małe karteczki w drewnianych szufladkach. Można szukać po nazwiskach autorów albo po tytułach książek. Czasami można szukać po słowach kluczach. Dokładnie tak działały pierwsze wyszukiwarki internetowe. Ale potem zauważono, że w internecie ten indeks można udoskonalić. Wyszukiwarki zaczęły zapamiętywać to, co wyszukujemy. Po co? Bo wyszły z założenia, że najbardziej lubimy to, co znamy. I tak ktoś, kto raz czy drugi szukał informacji historycznych, na zapytanie o „zamek” dostanie linki i artykuły związane z zamkami, które znajdują się w okolicy. Ale osoba, która zajmuje się krawiectwem, dostanie adresy sklepów, w których można kupić zamki błyskawiczne. Programiści uznali, że takie wyszukiwanie, nazwane wyszukiwaniem kontekstowym, będzie dla odbiorcy wygodniejsze. A dla nich bardziej zyskowne. Bo czy można sobie wyobrazić lepszy prezent dla kogoś, kto chce wykupić reklamę np. wycieczek historycznych czy materiałów pasmanteryjnych, niż zapewnienie, że dostarczymy ją dokładnie do tych osób, które tymi tematami się interesują? Taka wiedza to potęga z jednej strony i wygoda z drugiej. Wyszukiwanie kontekstowe naprawdę jest wygodne dla nas, użytkowników. Komputer bardzo często, mimo naszych nieudolnych, a często także nieprecyzyjnych zapytań w wyszukiwarce, wie, czego rzeczywiście szukamy. Skąd? Z doświadczenia. Przecież wie, co lubimy, wie, co czytamy, wie, co linkujemy, i o czym piszemy w e-mailach.

    Jest jednak coś, z czego na początku tej drogi nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę. Chodzi o indywidualizm przekazu. Od zawsze informacje trafiały do nas dwiema drogami. Jedna to były kontakty osobiste. Znajomi, rodzina, czasami obce osoby przypadkowo spotkane. Druga droga to informacje publiczne. Te były jednak dla wszystkich takie same. Oczywiście każdy mógł inaczej rozumieć to, co publicznie ogłaszano na rynkach czy placach miejskich albo to, co pisano w gazetach. Ale podstawa była taka sama. Było coś, co można nazwać wspólną platformą. Ale dzisiaj tej platformy już nie ma.

    Redaktor i striptizerki

    Dotychczas personalizowanie przekazu dotyczyło głównie treści reklamowych oraz wyszukiwania informacji w wyszukiwarce. Gdy w przychodzącym e-mailu pojawiało się słowo „pielucha”, było bardzo prawdopodobne, że w wyszukiwarce na innych stronach internetowych wyświetlały się reklamy produktów dla małych dzieci. Gdy choć raz odwiedziło się np. stronę internetową producenta odkurzaczy, odkurzacze właśnie i inny sprzęt AGD wylewały się z reklam umieszczanych na innych stronach internetowych. Tutaj mała dygresja. Pewien znany polski publicysta wrzucił na Twittera zrzut ekranu swojego komputera. Nieważne, jakie były na nim treści, w każdym razie publicyście chodziło o udowodnienie swojej racji. Przed upublicznieniem tego zrzutu publicysta nie sprawdził, jakie reklamy wyświetlały mu się na stronie. Tymczasem były to reklamy klubów ze striptizem na Ukrainie. I tak świat dowiedział się z dość dużą dozą prawdopodobieństwa, jakie strony internetowe ten człowiek odwiedzał wcześniej. On już mógł zapomnieć, ale jego komputer nie zapomniał. I dlatego pojawiły się reklamy z uśmiechniętymi Ukrainkami.

    Ale wracając do tematu głównego. Personalizacja przekazu ograniczona tylko do reklam i wyników wyszukiwania przestała obowiązywać wraz z nastaniem portali społecznościowych. Te też pamiętają, co lubimy, i dlatego wyświetlają nam treści „dokrojone pod nas”. Dwie siedzące obok siebie osoby, nawet jeżeli np. na Facebooku mają dokładnie tych samych znajomych, będą w tym serwisie widziały inne informacje. Bańki stały się jeszcze szczelniejsze. Słuchamy tylko tych piosenek, które lubimy. A jak chcemy posłuchać innych, algorytmy Google’a, Facebooka czy YouTube’a zaproponują nam bardzo, bardzo podobne. Czytamy swoje ulubione wiadomości, które są skrojone pod nas. Jak? Algorytmy wiedzą, czy jesteśmy prawicowi czy lewicowi. Wiedzą, czy chodzimy do kościoła, czy krytykujemy go ponad miarę. Czy jesteśmy zwolennikami ochrony przyrody, czy raczej jesteśmy zdania, że pierwszeństwo powinien mieć niczym nieograniczony rozwój przemysłowy. I proponują informacje pod nas skrojone. A wraz z nimi znajomych. Takich, którzy mają podobne poglądy. Jeszcze raz warto to podkreślić. Algorytmy nie podsłuchują nas, by wyrobić sobie zdanie o naszych poglądach. One tylko bacznie obserwują i zapamiętują, co my sami robimy.

    Politycy się cieszą

    Ale to jeszcze nie koniec tej opowieści. Dotychczasowe mechanizmy nie działały z dokładnością do jednej konkretnej osoby. Zbierały dane i działały trochę hurtowo. Grupowały ludzi zgodnie z preferencjami (np. politycznymi) i przedstawiały im wspólne treści. Ale te czasy najwyraźniej też się skończyły. Powstał bowiem system, który tworzy bańki tak szczelne, że trudno się z nich wydostać. System, który skanuje naszą działalność (np. które teksty, obrazki czy wideo lajkujemy na FB) i wyciąga z tego daleko idące wnioski. Michał Kosiński, polski naukowiec pracujący w USA, wynalazł metodę badań społecznych, dzięki której z ogromną precyzją można opisać człowieka korzystającego z internetu. Można określić jego preferencje seksualne, zainteresowania, wygląd, pochodzenie, poziom inteligencji, religię, zadowolenie z życia, wiek, płeć, poglądy polityczne, a nawet uzależnienia. Większość z tych danych system określa z ponad 95-procentową skutecznością. Dotychczas takie dane były dostępne tylko i wyłącznie wtedy, gdy przeprowadzono bezpośrednie badania ankietowe. Dzisiaj nikogo nie trzeba o nic pytać. Odpowiednio napisany program sam wyciąga takie wnioski z tego, jak zachowujemy się w sieci, a konkretnie w serwisach społecznościowych. Wystarczy prześledzić kilkadziesiąt ostatnich polubień, by algorytm oprogramowania znał nas lepiej niż rodzice. Ciekawostka? Nie! Okazuje się, że z takich systemów korzystał sztab wyborczy Donalda Trumpa, a także zwolennicy Brexitu. Dzięki temu mogli trafiać z przekazem uszytym pod konkretnego odbiorcę. Trump mógł mówić mniejsze lub większe głupstwa, ale odpowiednie informacje trafiały tylko do tych, którzy mieli je usłyszeć (przeczytać). Nie konfrontowali ich z innymi jego wypowiedziami. Przecież żyjemy w bańkach. Bańkach znajomych, w bańkach przekonań i w bańkach preferencji. Nieczęsto wychodzimy poza nie. Nie konfrontujemy się z innymi argumentami, z innymi punktami widzenia. Lubimy tylko to, co znamy. A ci, którzy potrafią to wykorzystać – wygrywają. Są nam w stanie więcej sprzedać i są nas w stanie przekonać do swoich racji. Nie dlatego, że się starają. Dlatego, że to my jesteśmy tak leniwi, że nie chce nam się powiedzieć… sprawdzam! 

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół