• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Najważniejsza 
chwila w życiu

    Barbara Gruszka-Zych

    |

    GN 36/2016

    dodane 01.09.2016 00:00

    Kiedy pytam, czy boją się śmierci, kiwają przecząco głowami, a na ich twarzach widzę wyrozumiały uśmiech. – Nie ma się czego bać – uspokajają mnie panie Teresa Rogoda, Helena Raczkowska i Barbara Grabowska z Apostolatu Ratunku Konającym.

    Opowiadają, że twarze umierających, przy których modlą się, odmawiając Koronkę do Bożego Miłosierdzia, często zaraz po śmierci stają się spokojne i lekko uśmiechnięte. – Jestem przekonana, że to namacalny dowód na działanie Bożego miłosierdzia – mówi pani Barbara.

    Umieramy, by żyć

    Wszystkie trzy są koordynatorkami Apostolatu Ratunku Konającym (ARKa). Informacje o jego istnieniu przekazał ks. Piotr Marks podczas spowiedzi w sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. – Sprawy Apostolatu załatwiamy z księdzem w konfesjonale – mówi pani Teresa. Ksiądz Marks, który wymyślił Apostolat w konfesjonale, spędza tam długie godziny. Dzisiaj na przykład siedział w nim od rana do piętnastej. – Lękać się śmierci? – dziwi się mojemu pytaniu. – Mam się bać spotkania z Panem Jezusem i Jego miłosierdziem? Nie trzeba z tego powodu rozdzierać szat. Oczywiście jakaś obawa zawsze istnieje, tak jak przed wsiadaniem do pociągu. Boimy się, że możemy nie dojechać do celu. Ale ja wierzę, że umieramy, by dalej żyć.

    – Wielu, słysząc nazwę Apostolat Ratunku Konającym, zaczyna niepotrzebnie się bać – opowiada pani Teresa. – Za chwilę każdy z nas może być konający – dodaje ks. Marks. – Tak jak było we wtorek w czasie trzęsienia ziemi we Włoszech. Czy ci ludzie przeczuwali, że trzecia trzydzieści w nocy będzie ich ostatnią chwilą? Przy dzisiejszym stanie medycyny trudno precyzyjnie określić, kto jest konający. Stan agonalny może trwać od kilku godzin do kilku miesięcy.

    – Całe życie przygotowujemy się do przejścia do wieczności, dlatego śmierć to najważniejsza chwila w życiu człowieka – jest przekonana pani Helena. – W tym momencie toczy się walka o szczęśliwą wieczność odchodzącego. Nie lękając się własnej grzeszności, powinien zawierzyć się Jezusowi Miłosiernemu. A my staramy się mu pomóc.

    Wpatrzony 
w niebo

    Każda śmierć jest inna, tak jak i życie. Tyle że zwykle jest niewielu chętnych do towarzyszenia żegnającemu się ze światem. Barbara, Teresa, Helena w ramach wolontariatu modlitwy systematycznie odwiedzają pacjentów oddziału opieki paliatywnej szpitala w Krakowie-Prokocimiu. Widziały wiele śmierci, ale odejście tego czterdziestokilkuletniego mężczyzny, który miał ciało pokryte gęstymi wzorami tatuaży, szczególnie zostało im w pamięci.

    Przyszły do szpitala w Wielki Piątek, żeby odprawić Drogę Krzyżową przy łóżkach pacjentów. Teresa już wcześniej pytała tego mężczyznę, czy chce z nią odmówić Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Skinął głową i widać było, że łączył się w modlitwie. Tego dnia oprócz nich zjawiło się jeszcze osiem pań chcących się pomodlić. – Nagle, tuż przed piętnastą, zaczęły nas wołać pielęgniarki, krzycząc, że właśnie ten pan umiera – opowiada Barbara. – Przyniosły świece, a my stanęłyśmy wokół jego łóżka – pięć pielęgniarek i dziesięć osób z Apostolatu. Leżący patrzył gdzieś nad nasze głowy spokojnym wzrokiem, jakby już widział niebo. Był przykryty po szyję i nie zauważyłam jego tatuaży. Zresztą ksiądz kapelan często każe je siostrom obwiązywać bandażami, bo niekiedy widać na nich symbole satanistyczne. Skończyłyśmy odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia, a chory oddychał coraz trudniej i szybciej. Zaczęłam głośno czytać modlitwy z „Pieczęci miłosierdzia”, modlitewnika, który wydał ks. Marks. Jedna z pań przypomniała, że to pierwszy dzień Nowenny Miłosierdzia i dlatego postanowiłyśmy odmówić drugą koronkę. Zauważałyśmy, jak w trakcie modlitwy ustał jego oddech, ale żadna z nas nie przerwała. Dopiero po skończeniu, płacząc, rzuciłyśmy się sobie w ramiona, szczęśliwe, że udało nam się go tak odprowadzić.

    Złożone dłonie

    Teresa jest pewna, że Pan Bóg przygotował ją do pracy w Apostolacie przez śmierć mamy Stanisławy, w 2007 roku. – Kiedy dwa tygodnie przed śmiercią mama się wyspowiadała, wybiegła szczęśliwa z pokoju – wspomina. – Miała trudne dzieciństwo, bo jako 13-latka straciła ojca w obozie koncentracyjnym. Odtąd przez całe życie cierpiała różne lęki, głównie o nasz byt materialny. Tamtego dnia zaczęła życzliwie opowiadać o ojcu. Przestała też mówić o swoim leczeniu i ratowaniu życia. Kiedy znajome ją odwiedzały, słuchała ich, ale przyznawała, że to już jej nie interesuje, bo myśli o czym innym. Kilka miesięcy przed jej odejściem zaczęliśmy wspólnie odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Wieczorem, dzień przed śmiercią, przyjęła sakramenty św., a potem spokojnie ustaliła, jak mamy ją ubrać do trumny. Umarła w domu, w uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP, w otoczeniu rodziny podczas odmawiania koronki. Przed wydaniem ostatniego tchnienia z jakimś nadludzkim wysiłkiem złożyła dłonie jak do modlitwy. Teresa przyznaje, że od tego czasu przestała bać się śmierci. Po spowiedzi św. minęły też jej lęki odziedziczone w spadku po doświadczeniach matki. Przyznaje, że takie cuda potrafi zdziałać odmawianie Koronki do Bożego Miłosierdzia. Podkreśla, że Apostolat ma kilka sposobów niesienia pomocy nie tylko konającym. W każdy pierwszy piątek miesiąca w tej intencji w łagiewnickim sanktuarium odbywa się całodobowa adoracja Najświętszego Sakramentu. Stale trwa Nieustanna Koronka do Bożego Miłosierdzia za Chorych, Cierpiących i Konających. – W każdej chwili można wysłać SMS z imieniem osoby potrzebującej pomocy – mówi ks. Marks. – Wystarczy tylko imię, bo Pan Bóg wie, o kogo chodzi. – Modlący się przekazują intencję swoim znajomym i tak tworzą się promienie modlitwy, które, miejmy nadzieję, ogarniają cały świat – objaśniają panie koordynatorki. Ksiądz Marks chce włączyć w ich intencje dzieci zabite w wyniku aborcji i ich matki.

    Ostatnia deska ratunku

    Pani Helena dostała kiedyś SMS-a od rodziców zbuntowanego chłopaka, który nie chciał z nimi rozmawiać, a w końcu uciekł z domu. Po kilku dniach jej modlitwy wrócił i poprosił o rozmowę z księdzem. – To dowód, że nasze prośby nie rozpływają się przed tronem Bożym – mówi. Znaleziony przez niego numer telefonu: 518 687 518, na który można wysyłać SMS-y z imionami potrzebujących wsparcia, jest znaczący. Ksiądz Marks chciał, żeby odpowiadał numeracji „Dzienniczka” św. Faustyny. Pierwsze trzy cyfry odnoszą się do jego fragmentu nr 518, opowiadającego o tym, jak s. Faustyna poszła na cmentarz i usłyszała słowa dusz: „Spełnij wolę Bożą. My o tyle jesteśmy szczęśliwe, o ile spełniłyśmy wolę Bożą”. Numer 687 przypomina usłyszane przez s. Faustynę słowa, które oddają sens modlitwy do Bożego Miłosierdzia: „Odmawiaj nieustannie tę koronkę, której cię nauczyłem. Ktokolwiek będzie ją odmawiał, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci. Kapłani będą podawać grzesznikom jako ostatnią deskę ratunku; chociażby był grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko zmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia Mojego”. Na końcu cyfry znów przypominają o potrzebie spełnienia woli Bożej.

    – Spełnianie woli Bożej daje pokój serca – tłumaczy pani Teresa. – Wtedy życie lepiej się układa, a śmierć nie jest taka straszna.

    Pani Barbara przypomina, jak 12 grudnia zeszłego roku umierał jej brat Jerzy Biedrzycki, autor telewizyjnego programu „Taka ryba”: – Odwiedziłam go po udanej koronarografii i zapytałam, czy wierzy, że wydarzy się cud. Spokojnie odpowiedział, że tak, ale najważniejsze jest to, jaka będzie wola Boża. Zmarł pogodzony z Bogiem i bliskimi następnego dnia.

    Post i umartwienie

    Inną formą pomocy cierpiącym i umierającym jest Dzieło Pokutne Apostolatu. Uczestniczy w nim 136 grup, po sześć osób z Polski i zagranicy. – Kiedy rozmawiałem w konfesjonale z penitentami, stanąłem przed zadaniem duszpasterskim pogłębienia sakramentu miłości miłosiernej Chrystusa – mówi ks. Marks. – Chciałem, żeby spowiedź nie była tylko zrzuceniem win, ale wiązała się z wynagrodzeniem Panu Jezusowi. Te przemyślenia stały się impulsem dla stworzenia 6-osobowych grup, tzw. szóstek, z których każda zobowiązuje się podjąć post lub umartwienie, z wyłączeniem niedziel i świąt, w określony dzień przyjmować Komunię św. i ofiarować w wybranej intencji dowolną modlitwę. – W obrębie „szóstki” każdego dnia kolejno podejmujemy się wynagrodzenia win, tak by po sześciu dniach znów kontynuować pokutę – opowiada ksiądz. – Każda „szóstka” otrzymuje swego patrona – świętego lub błogosławionego, którego prosi o wsparcie, wierząc, że pomoże w pobożnym wypełnieniu zobowiązań i wybłaganiu cudu ocalenia duszy. Pani Helena rozpoczęła swoją aktywność w Apostolacie od modlitwy w dziele pokutnym za starsze małżeństwo, żyjące w związku niesakramentalnym. Pod koniec 40 dni starsza pani wyspowiadała się i umarła pojednana z Bogiem. – Męża wyspowiadał ten sam kapłan i nadal modlimy się za niego – mówi.

    Walka o siebie

    Kiedy pytam moje rozmówczynie o wyrzeczenia, jakie podejmują, uczestnicząc w dziele pokutnym, nie chcą się chwalić, bo to odbiera wartość ich zasługom. – Człowiek nieustannie dojrzewa w pracy nad sobą – mówi pani Barbara. – Trzeba sobie narzucać dyscyplinę duchową. Przyznaje, że ostatnio zrezygnowała z gadulstwa. Jeśli ktoś zaczyna przy niej plotkować, to ucina rozmowę. Oprócz tego wyszukuje osoby samotne, chore i odwiedza je. Pani Teresa pości jakościowo, odmawia sobie oglądania telewizji i nawiedza chorych. Pani Helena zrezygnowała z okazywania nadmiernej ciekawości. Kiedy widzi coś absorbującego na ulicy, odwraca wzrok. Pilnuje się, żeby nie osądzać innych, i odmawia sobie przyjemności takich jak słodycze, kawa, dobra herbata. W ramach umartwień decyduje się też na zdjęcie do „Gościa Niedzielnego”, choć bardzo nie lubi się fotografować. Na koniec rozmowy pytam o życie prywatne koordynatorek i założyciela Apostolatu. Teresa Rogoda ma dwóch synów, przez 15 lat pracowała jako technik dentystyczny, potem zaczęła zajmować się domem. Helena Raczkowska od 16 lat jest wdową, mieszka razem z córką i wnuczkiem. Barbara Grabowska przeszła już na emeryturę, wcześniej pracowała jako nauczycielka przedmiotów zawodowych. Ma męża i czworo dzieci. Ksiądz Piotr Marks przyjął święcenia kapłańskie 18 maja 1997 roku. Rok wcześniej, 4 czerwca 1996 r., lekarze przeszczepili mu serce. Przedtem przeżył śmierć kliniczną. Mówi bez podawania detali, że po tym doświadczeniu nie chciał wracać do rzeczywistości: – Dusza ma swoje własne zmysły, które nie mają odpowiedników w tym, co odczuwamy tu na ziemi, więc nie da się tego opisać – mówi. – Docieranie do Bożego miłosierdzia to potężna praca duchowa. Razem z Jezusem Miłosiernym walczymy nie tylko o dusze odchodzących, którzy proszą nas o modlitewne wsparcie, ale też o samych siebie. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół