• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Bank centralny świata

    Stefan Sękowski

    |

    GN 40/2015

    dodane 01.10.2015 00:15

    Gdy amerykańska Rezerwa Federalna mówi: „teraz skaczemy”, reszta świata pyta: „jak wysoko?”. Zbliża się moment, w którym podniesie stopy procentowe w USA. Co to oznacza dla nas?

    To miała być ekonomiczna decyzja roku. Od sierpnia cały finansowy świat zwracał swoje oczy na USA, gdzie 17 września System Rezerwy Federalnej, czyli amerykański bank centralny, miał zrobić coś, czego nie robił od 9 lat: podwyższyć stopy procentowe. I choć podwyżka nie nastąpiła, bo Federalny Komitet Rynku Otwartego (jeden z organów Fedu) potwierdził obecną federalną stopę procentową w wysokości 0,25 proc., to jednak ten brak decyzji także ma swoje konsekwencje, i to poważne. Następnego dnia amerykańskie indeksy giełdowe spadły o ponad 1 proc., a ekonomiści zaczęli się zastanawiać nad tym, dlaczego stopy jeszcze teraz nie wzrosły. Bo o tym, że w końcu to się musi stać, wiedzą wszyscy, co więcej, od miesięcy na to czekają – jedni z nadzieją, inni z niepokojem.

    Sytuacja, w której stopy procentowe znajdują się na niemal zerowym poziomie, nie jest normalna. Kredyt jest prawie darmowy, a ci, którzy decydują się wpłacić swoje pieniądze na lokatę albo kupić obligacje skarbowe, na tym nie zarabiają. Ta sama, niska stopa procentowa obowiązuje w USA od 6 lat. Fed ustalił ją po tym, jak w 2008 roku kryzys finansowy ogarnął Amerykę, a zaraz po niej cały świat. Wówczas bezrobocie w Stanach wynosiło ok. 8 proc. Spodziewano się – i słusznie – że będzie rosło; gospodarka się zwijała i nie wiadomo było, kiedy kryzys się zakończy. Obniżenie stóp procentowych miało dać przedsiębiorcom dostęp do taniego kredytu, a w konsekwencji popchnąć gospodarkę do przodu. Wygląda jednak na to, że Stany Zjednoczone na dobre wyszły z kryzysu. W sierpniu bezrobocie wyniosło w USA 5,1 proc. – najmniej od ponad 7 lat, także wzrost gospodarczy wynosi ponad 2 procent. W lipcu sama prezes Fedu Janet Yellen stwierdziła, że można spodziewać się podniesienia stóp procentowych jeszcze w 2015 roku. A mimo to instytucja przez nią kierowana nie zrobiła tego. Dlaczego?

    Podręczniki mówiły inaczej

    W ostatnich latach z polityką monetarną zaczęło się dziać coś dziwnego: nie przynosi takich skutków, jakie teoretycznie powinna. Oczywiście Fed zarzeka się, że to właśnie dzięki jego polityce USA wyszły z kryzysu. W tym celu przecież obniżył stopy procentowe i wprowadzał nietypowe rozwiązania, takie jak na przykład quantitative easing (QE), czyli „luzowanie ilościowe”. Polega ono na skupowaniu od instytucji finansowych papierów wartościowych. W ciągu 7 lat Fed wpompował w ten sposób w banki i fundusze prawie 4 biliony (!) dolarów. Te pieniądze miały nie tylko „oczyścić” zabezpieczone hipoteką papiery wartościowe, ale także zostać wykorzystane do nakręcenia akcji kredytowej. Podręcznikowo taka polityka pompowania pieniędzy do gospodarki powinna skutkować wzrostem cen, co także miałoby zachęcać do inwestowania. Jednak w tym roku inflacja w USA wynosi 0,2 proc., najmniej od krytycznego 2008 roku.

    Tak się stało w dużej mierze przez to, że banki otrzymane od państwa pieniądze w niewielkim stopniu inwestowały w kraju. Kupowały za nie papiery wartościowe w takich krajach jak Brazylia, Turcja czy RPA, gdzie mogły na tym o wiele więcej zarobić, lub trzymały je na swoich bezpiecznych rachunkach w samym Fed (który jest „bankiem banków”). Teraz decydenci z Fed obawiają się, że podwyżka stóp mogłaby doprowadzić wręcz do deflacji, czyli spadku cen, a to z kolei także mogłoby nie być dobre dla gospodarki (część inwestorów mogłaby zacząć powstrzymywać się przed wydawaniem pieniędzy, licząc na to, że ceny mogą w przyszłości jeszcze bardziej spaść). Ale jest i drugi powód: sytuacja na rynkach zagranicznych.

    A szczególnie w Chinach, gdzie gospodarka mocno zwalnia. Niby każdy chciałby tak zwolnić – obecnie chińska gospodarka rośnie „tylko” o 7 proc. w skali roku, podczas gdy jeszcze 5 lat temu było tych procent aż kilkanaście. Jednak jeśli weźmiemy pod uwagę to, że w lipcu pękła bańka inwestycyjna na giełdach w Chinach, która spowodowała spadek cen akcji o 8,5 proc., sprawa nie wygląda już tak różowo.

    Gdzie Pekin, gdzie Waszyngton…

    Kłopoty Chin mogą w dalszej perspektywie stać się też kłopotami Ameryki – jak i całego świata. Ale nawet krótkoterminowa podwyżka stóp może nie być najlepszą odpowiedzią na problemy Państwa Środka. Wzmocni ona bowiem dolara względem innych walut, także chińskiego juana. To oznacza, że Amerykanie mogą więcej kupić za granicą, z drugiej strony produkty amerykańskie stają się droższe, co powoduje, że amerykańskim eksporterom trudniej je sprzedać za granicę. Tym bardziej że w sierpniu Ludowy Bank Chin zdecydował o osłabieniu juana względem dolara – podwyżka stóp byłaby więc dodatkową cegiełką do budowy jeszcze mocniejszej amerykańskiej waluty. Janet Yellen wolałaby jednak uniknąć sytuacji, w której amerykański przemysł, który ledwo wyszedł ze stagnacji, nie ma gdzie sprzedawać swoich produktów. A i sama polityka monetarna amerykańskiego banku centralnego ma dla nas wszystkich niebagatelne znaczenie.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół