Pamięci ks. Krzysztofa Grzywocza w piątą rocznicę zaginięcia

Gdybym chciała jakoś zmaterializować sobie Chrystusa; Jego sposób mówienia, zwracania się do konkretnego człowieka, nawiązywania relacji i trwania w nich - wybrałabym z pewnością ks. Krzysztofa.

Nie znam nikogo, kto z tak wielkim szacunkiem i delikatnością, jak ks. Krzysztof Grzywocz, odnosiłby się do drugiego człowieka, także jego słabości i kruchości, depresji. Miał niesamowity dar, który sprawiał, że każde spotkanie z nim przywracało wewnętrzną równowagę, godziło człowieka z samym sobą, przywracało sens.

Zaginął równo pięć lat temu w Alpach Szwajcarskich. Jego strata dotknęła setki osób w niewyobrażalnie bolesny sposób. "Dziś, po zaginięciu Krzysztofa, kiedy tak trudno uporać się z bólem i znaleźć sens w tym wydarzeniu, powtarzam sobie jego słowa, które nam zostawił" - napisała Katarzyna Jabłońska w posłowie do książki ks. Krzysztofa Grzywocza "Na początku był sens".  

Przez lata posługi duszpasterskiej, terapeutycznej, podczas niezliczonej ilości rekolekcji, konferencji, wykładów akademickich, na drodze kierownictwa duchowego czy po prostu w zwykłej ludzkiej przyjaźni towarzyszył, wspierał i inspirował. Każde spotkanie z nim było życiodajne.

Dzięki niemu jestem dziś w tym miejscu mojego życia.

Pamiętam wykłady z duchowości na Wydziale Teologicznym w Opolu. Często brakowało nam, studentom miejsca, bo na zajęcia prowadzone przez ks. Krzysztofa przychodzili także słuchacze z innych lat, wydziałów lub tak po prostu - z ulicy. Zresztą te zajęcia nie miały formuły akademickich wykładów. To były zawsze rekolekcje - powolne odsłanianie Tajemnicy, która nigdy do końca nie zostanie przed nami odkryta na ziemi.

Ks. Grzywocz wiedział o tym, jak mało kto. Nie było jego celem, by wyjaśnić przed nami naturę Boga; rozbić Go na małe cząstki, jak atom. Nigdy nie narzucał słuchaczom swojego zdania, swoich opinii, swoich badań. "W teologii uparcie wskazywałeś, że Bóg pragnie naszego szczęścia - drogą do jego osiągnięcia jest samodzielność, a wola Boża nie polega na niewolniczym pełnieniu rozkazów z "góry", ale zakłada przestrzeń na kreatywną wolność (...). Uczyłeś, że dojrzałość polega na samodzielności, a Boże dziecięctwo to nie infantylność" - pisze Ryszard Paluch we wspomnieniu o ks. Grzywoczu.

Przeczytaj:

"Wiele osób rozumie wolę Bożą jako bardzo uległe, dziecięce posłuszeństwo Bogu, który zawsze ma decyzję już podjętą. Że On już dokładnie zaplanował, co ja mam zrobić, a ja tylko muszę to odkryć - mówił ks, Krzysztof. - A jest odwrotnie: wolą Boga jest to, abym sam podjął decyzję, żebym był samodzielny".

"W spotkaniu z Krzysztofem było coś życiodajnego" - stwierdziła Katarzyna Jabłońska, redaktor "Więzi", wieloletnia przyjaciółka ks. Grzywocza.

Właśnie tak: relacja z nim była życiodajna, nigdy nie odbierała oddechu, ale go przywracała. Jego proste często, pokorne słowa rozjaśniały najbardziej gęste ciemności, w których bywałam. Wielokrotnie ratował mi życie, nawet wtedy, gdy nasz kontakt był już zdecydowanie rzadszy. Nazywaliśmy go Ojcem, choć nie był zakonnikiem.

"Największym cudem jest więź - mawiał. - Tam, gdzie są więzi, tam jest cud. Nie ma nic bardziej cudownego. Gdy człowiek odchodzi od więzi, skazuje się na samobójstwo".

Jego imię oznacza "niosący Chrystusa". Nie mogło być lepiej dobrane do niego, a może raczej stało się jego życiową dewizą. Nosił w sobie Chrystusa, był Nim przesiąknięty, przylgnięty do Niego. A jednocześnie stąpał tak mocno nogami po ziemi - potrafił jak nikt smakować życie, czerpać z niego pełnymi garściami, cieszyć się jego obfitością. Łączył w sobie głęboką mistykę z realizmem życia.

Sam mówił: "Granica pomiędzy duchowością zdrową i patologiczną biegnie w nas, a nie między nami. Prawdziwego ascetę poznaje się po miłości - czy potrafi kochać Boga, żonę, swoich parafian, studentów. Czy potrafi się bawić, cieszyć, ale też, czy potrafi mówić «nie», również tym, których kocha".

Jednocześnie był mistykiem. Jakoś wyczuwało się tę jego świętość, która była odbiciem świętości Boga, z którym miał głęboką więź. Niewątpliwie był człowiekiem modlitwy. Mówił: "Jeżeli chcesz albo musisz dużo pracować, powinieneś dużo się modlić. Ludzie modlitwy byli w stanie zrobić wiele naprawdę wielkich rzeczy. Ci, którzy żyją małą ascezą, mają mało czasu. Bóg jest źródłem czasu. Kiedy odchodzimy od Boga, tracimy czas, jeśli się modlimy - mamy tyle czasu, ile nam trzeba".

Dziś mija dokładnie pięć lat od momentu, gdy ks. Krzysztof wyruszył na szlak w Alpach Lepontyńskich, by już z niego nie wrócić...

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Aleksandra Pietryga