Nowy Numer 8/2018 Archiwum

Poszukiwacze zaginionej prawdy

Złożyli przysięgę, że jeśli nie odnajdą prawdy, popełnią samobójstwo. Poszukiwania zaprowadziły ich do Kościoła katolickiego.

Poznali się na Sorbonie, na początku XX wieku. Ona – Żydówka z Rostowa nad Donem, on – Francuz z dziada pradziada, wnuk znanego polityka Juliusza Favre’a. Połączyła ich miłość do sztuki i głębokie pragnienie poznania prawdy. Tak silne, że na szali poszukiwań położyli własne życie.

Ewangelia z obrazów
Kiedy Raissa spotkała na swojej drodze Jakuba Maritaina, miała za sobą pierwsze religijne zwątpienia. Pytania dotyczące Boga, Jego dobroci, wszechmocy i obecności cierpienia w świecie doprowadziły ją do wniosku: Bóg nie istnieje. Początkowo nie godziła się z tą myślą, ale rozpacz coraz silniej wdzierała się w jej życie. Pustki nie byli w stanie zapełnić jej ówcześni nauczyciele, pokładający nadzieje w oszałamiającym rozwoju nauk przyrodniczych. Pragnęła „tej mądrości, do której tęsknimy wszyscy przed, po i ponad wszelkim poznaniem, jakie dają poszczególne nauki”. Nie wiedziała jeszcze, że do tej mądrości będzie się zbliżać wraz z człowiekiem, który okaże się w przyszłości jednym z największych filozofów XX wieku. Swoje pierwsze spotkanie z Jakubem tak opisuje w książce „Wielkie przyjaźnie”: „Twarz miał łagodną, obfite blond włosy, małą bródkę; idąc, pochylał się do przodu. Przedstawił się i powiedział, że organizuje właśnie komitet studencki, którego celem ma być wywołanie protestu pisarzy i profesorów uniwersytetów francuskich przeciwko złemu traktowaniu studentów socjalistów w Rosji; na tamtejszych uniwersytetach miały wówczas miejsce rozruchy, które były surowo tłumione przez carską policję. Zapytał, czy może wciągnąć moje nazwisko na listę członków komitetu”.

Zgodziła się – i odtąd stali się nierozłączni. Jakub odprowadzał ją po zajęciach, nie licząc się z godzinami posiłków, które jadał w domu, i tym samym przysparzając zmartwień matce. Młody filozof stał się przewodnikiem Raissy po świecie malarstwa, zabierał ją do Luwru i toczył z nią długie dyskusje o sztuce. Do domu rodziców dziewczyny napływały teraz reprodukcje ulubionych obrazów. Ponieważ większość z nich przedstawiała „zwiastowania, nawiedzenia, narodzenia, ukrzyżowania, madonny, aniołów, apostołów i świętych”, w życie Raissy zaczęło się delikatnie wkradać orędzie Ewangelii. „Podziwialiśmy, kochaliśmy piękno, które zawierało to orędzie, nie znając jeszcze jego prawdy” – pisze Raissa Maritain.

Nim jednak poznali tę prawdę, musieli przejść przez ostateczne rozczarowanie uniwersytetem i prądami umysłowymi tamtego czasu. Z jednej strony dominujący scjentyzm sprowadzał świat do praw matematycznych, z drugiej – ówczesna relatywistyczna filozofia negowała możliwość obiektywnego poznania. Oboje dostrzegali tę sprzeczność i nie chcieli zbywać jej wzruszeniem ramion, tak jak czyniła to większość naukowców. Szukali czegoś stałego, pewnego. Ze współczesnych myślicieli pociągali ich jedynie Spinoza i Nietzsche, bo ich filozofia była przynajmniej wolna od kompromisów. Jednak ani Spinoza nie doprowadził ich do żadnych konkretnych przekonań, ani pycha Nietzschego i jego pogarda wobec słabych i biednych nie były czymś, na co mogli się zgodzić. Raissa uważała się już wtedy za ateuszkę i wolała śmierć od życia pozbawionego sensu. Jakub poszukiwał jeszcze tego sensu w walce o sprawę ludzi biednych, ale i jego dosięgała już rozpacz.

« 1 2 »
oceń artykuł

Reklama