Nowy numer 16/2018 Archiwum

Spadek

Partia garściami czerpie z Millerowego dziedzictwa, którego głównym przesłaniem jest maksymalne utrudnienie rządzenia następcom.

Wojna z Białorusią: efektowny, ale niestety, nie jedyny fajerwerk oświetlający mizerię dokonań grupy trzymającej władzę. Jedną z mniemanych zalet drużyny Millera i Kwaśniewskiego były mityczne świetne stosunki z naszymi wschodnimi partnerami. Obiecywano ich "dalszy dynamiczny rozwój”, rzekomo sabotowany przez prawicę. Najlepiej udało się z Ukrainą, gdzie już po dziesięciu latach nieustających wysiłków prezydenta w końcu otwarto cmentarz Orląt Lwowskich. Przed pomarańczową rewolucją lwowska Rada Miejska po prostu niewiele sobie robiła z głowy naszego państwa. Z Białorusią jak jest, każdy widzi.

A Rosja? Na stacjach benzynowych możemy podziwiać geniusz Millera, który zaczął rządy od anulowania umowy z Norwegami; zamiast norweskiej ropy – rosyjski monopol. Na przekór przyjaźni z Ukrainą, jakoś nie udało się pociągnąć rurociągu z Odessy do Gdańska. Marszałek Cimoszewicz nie powinien ukrywać w kampanii wyborczej, że to on był ministrem spraw zagranicznych przez większość kadencji.

Dziś, gdy Jerzy Miller szuka pieniędzy na kontrakty ze szpitalami, nie powinniśmy zapominać, że Leszek Miller najpierw zlikwidował kasy chorych, a potem wprowadził obecny system rękami min. Łapińskiego. Ile to właściwie kosztowało i czy ktoś odpowie za tę rozrzutność przed Trybunałem Stanu? Itd., itp. – bez fałszywej skromności rządzący mogą mówić o nieustającym paśmie sukcesów w procesie powrotu opozycji. W istocie bowiem te wszystkie problemy, których się nie da odkręcić, jak tabliczki z nazwiskiem w sejmowej ławie, będą przyprawiały o ból głowy następny rząd. A rząd z obolałą głową to wyśmienity cel.

Właściwie nie bardzo rozumiem, dlaczego SLD zrezygnowało z usług Leszka Millera w przyszłym Sejmie. Jako premier się nie sprawdził, ale jako opozycjonista był mistrzem świata, przydałby się może w następnej kadencji. Jednak postkomuniści przestraszyli się likwidatorskich talentów: zlikwidował rząd Buzka, a po utworzeniu swojego nie ustawał w likwidowaniu, więc jego partia się boi, że w końcu ją też zlikwiduje.

Mimo obaw, partia garściami czerpie z Millerowego dziedzictwa, którego głównym przesłaniem jest maksymalne utrudnienie rządzenia następcom. Przyjmuje się więc ustawy (marszałek kandydat znów był za, a nawet przeciw), na które nowy rząd będzie musiał znaleźć pieniądze. Ideałem byłby wybór marszałka na prezydenta: to dawałoby gwarancję, że żadnych zmian nie będzie. A tak w ogóle, to wcale nie jest pewne, że po wyborach będzie możliwa jakakolwiek koalicja większościowa. Co wtedy? Obyśmy nie musieli się przekonywać.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama