• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Księżowskie Zaduszki

    ks. Tomasz Horak, proboszcz wiejskiej parafii Nowy Świętów

    |

    GN 44/2005

    dodane 03.11.2005 22:49

    Trzeba rozstać się ze swoimi, a wśród parafian poczuć się jak w rodzinie. Groby ich bliskich muszą być księdzu tak drogie – jak groby matki i ojca

    Już się przyzwyczaiłem. Dzień Zaduszny, a dokładniej mówiąc wieczór pierwszego listopada, jest mocno zapisany w tradycji każdej rodziny. Mojej także. Powojenne losy rozrzuciły nas po Polsce. Grób babci był w Zaduszki miejscem spotkania żyjących. Pierwsze rozterki przeżyłem jako ministrant – chciałem służyć i równocześnie być przy grobie z bliskimi. W efekcie biegałem pomiędzy kościołem a jednym cmentarzem i drugim.

    Dziś nie mam problemu. Idę z parafianami na nasz cmentarz. Kiedyś byłem świadkiem, jak dzień przed Wszystkimi Świętymi wikary przyszedł do proboszcza z prośbą, żeby nazajutrz mógł po południu pojechać na „swoje groby”. Ten popatrzył na niego nierozumiejącym wzrokiem. „Księże, a procesja, a wypominki, a Msza na cmentarzu? Jak to sobie ksiądz wyobraża?”. Widziałem, że było mu to nie w smak. Przy jakiejś okazji znowu tam byłem, zapytałem proboszcza o te Zaduszki. Otóż późnym wieczorem wikary gdzieś zniknął. Pomyślałem, że pojechał – mówi proboszcz. Wrócił po dobrej godzinie. W sutannie, rozchmurzony. „Wie ksiądz, ludzie jakoś tak ciepło na mnie patrzyli. Bo byłem na cmentarzu”.

    Cóż, każdy z nas musiał kiedyś przełamać trudny do pokonania próg księżowskiego Dnia Zadusznego. Trzeba rozstać się ze swoimi, a wśród parafian poczuć się jak w rodzinie. Groby ich bliskich muszą być księdzu tak drogie jak groby matki i ojca. Nie, to nie jest ani zimne, ani bezduszne. Trzeba po prostu poszerzyć serce – i to bardzo. A koniec końców modlitwa jest mostem ponad czasem i ponad przestrzenią.

    Ja byłem na „swoim” cmentarzu jakiś tydzień temu. Zapłaciłem za opiekę nad grobami, kupiłem kwiaty – ktoś je postawi i znicz zapali. Przeszedłem cały cmentarz. Niektóre groby pamiętam z ministranckich czasów; bywają takie pogrzeby, które zapisują się w pamięci na zawsze. Czasem straszne – jak Halinki i jej mamy okrutnie zamordowanych. Czasem zabawne – ot, jak ten, w którego czasie do grobu wpadł grabarz, a tu nie wolno się śmiać! Ilu moich kolegów i koleżanek, także młodszych, już tylko tu spotykam. Dłużej zatrzymałem się przy grobie Weroniki. Podkochiwałem się kiedyś w niej, jeszcze w podstawówce. Umarła, gdy byłem w seminarium. Nawet nie wiedziałem. Odkryłem jej grób dużo później. Na grób Asi też by trzeba. Wieczny odpoczynek racz jej, racz im dać, Panie...

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół