• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Ciasta bym upiekła

    Marcin Wójcik, zdjęcia Jakub Szymczuk

    |

    GN 22/2010

    dodane 07.06.2010 11:09

    Otwierają wszystkie okna w domu, ale co z tego. Fetoru nie da się tak szybko wywietrzyć, skoro śmierdzi cały powiat. Gorzej, że z bagien wyłażą poczwary.

    Zostałem królem uratowanych psów: z Budzisk, Maśnika, Ruszczy, Ruszczy-Kępy, Połańca. Jestem król Piotruś, Pierwszy albo Dziesiąty. Razem z dworzanami mieszkam w wielkim zamku na wałach. Babcia to mój rycerz. Ona i dworzanie zostają tu na noc! Ja płynę z mamą i tatą do domu. Śpię na strychu. Może jutro przyjdzie do zamku nowy piesek? Będę ich miał dziesięć, pojutrze sto, a za tydzień milion pięćset. O, nie! Ewakuacja! Znowu jakiś pan z gazety chce mi zrobić zdjęcie. Król Piotruś nie lubi zdjęć. Nie, nie wstydzi się. Wcale nie. Gdzie mój rycerz?!

    M-4 na wałach

    – Mamy dom po sąsiedzku z wałem przeciwpowodziowym i dlatego w ciągu kilku godzin wszystko było pod wodą – mówi Anna Juszyńska z Ruszczy-Kępy pod Tarnobrzegiem. Razem z córką, zięciem i wnukami koczuje na wale, z którego widać wieś i rodzinny dom. – Wyprowadziliśmy tutaj maszyny gospodarcze, samochód. Na przyczepie są naczynia i to wszystko, co zdążyliśmy wynieść. Są z nami psy, nasze i z okolicy. Ja śpię w samochodzie, a dzieci płyną na noc do domu. Na strychu jest sucho – podkreśla Anna.

    Myślą, że opiszę im, co czuję, co przeżywam, kiedy siedzę nocą w samochodzie. To nie takie proste, moi drodzy. Wszędzie ciemno, w latarniach nie ma prądu, psy wyją w niebo. Wczoraj ujadały pół nocy w stronę rzeki. Ktoś tam się kręcił. Może szabrownicy przyszli po wystawiony majątek? Zatrzasnęłam drzwi.

    A o czym myśli się w nocy? Swoje lata już mam, w tym domu mieszkali moi rodzice, ich rodzice, ja się tutaj urodziłam, moje dzieci wychowały, a teraz uciekniemy. Kolejnego remontu na pewno nie będzie. Tak tylko posprzątamy, żeby na jakiś czas można było zamieszkać. Ania i Robert są młodzi, poradzą sobie, wybudują gdzie indziej dom. Zamieszkam u nich kątem. Ale szkoda mi tej okolicy. Całe życie tu zostawię, tyle roboty włożyłam, oborę wybudowałam, pola żyzne.

    Gdzie się kupuje ule?

    Nie powiem im, ile mam lat. Powiem tylko, że ojciec i matka dawno temu dali mi pszczoły. Od tego czasu zawsze były za domem, w ogrodzie. Biedne pszczoły. Myślałem, że w tym roku nie będą latały głodne. Rzepak zaczął kwitnąć. Tyle miodu mogło być! Ludzie mówili, że od Staszka Skiby miód najlepszy. Co teraz powiedzą?

    – Woda opada, zabieramy się za sprzątanie domu, obory, chlewu, obejścia – wylicza Andrzej Skiba, rolnik z Budzisk niedaleko Ruszczy-Kępy. 


    Co tam obejście, bardziej boję się o tatę i jego pszczoły. Mama też ma dość. Ledwie pozbieraliśmy się po powodzi w 1997 roku, a tu znowu to samo. Boże święty, tyle roboty poszło na marne! Pola buraków cukrowych, truskawek. O zbożu, sianie i ziemniakach nawet nie mówię.

    Dzisiaj przywiozę byki do obory, jutro albo pojutrze świnie. Zapomniałem powiedzieć Zosi, żeby zostawiła porządki w domu, a umyła chlew. Zwierzęta wpierw trzeba pozwozić. Potem zajmiemy się domem. Gdzie jest Zośka?! 

    – Nie udało się uratować pszczół, za to uratowaliśmy króliki, mąż na strych je wywindował – mówi Genowefa, matka młodego rolnika.

    Króliki królikami, pszczoły pszczołami, ale nie będę się nikomu skarżyła, jak strasznie bolą mnie ręce. Przecie młoda nie jestem, po siedemdziesiątce już. Kto mi uwierzy, że ratowałam dom szmatą? Zbierałam wodę z podłóg, smród straszny. Na pewno przez to było jej mniej. Młodzi uciekli z dobytkiem, a my, starzy, zostali. Chcieli nas zabrać. Ale tam! Gdzie mielibyśmy się tułać?

    – W powodzi wykluły się kurczęta, myślałam, że przeżyją na strychu. Kaczka też młodych nie będzie miała, bo sroki jaja wyjadły – żałuje Genowefa. Idzie w kierunku pustego chlewu.

    Robią zdjęcia. Niech ta robią, ale nie mnie. Chlew jest syna, jemu niech zrobią. On tu gospodarz. Gdzie tam mnie, starej babie, będą zdjęcia robić! Nigdy w gazecie nie byłam. Nieuczesana jestem, po roboczemu ubrana. 

    – Staszek, Andrzeja zawołaj! – krzyknęła. – Po powodzi w 1997 roku musieliśmy sprzedać konia – mówi cicho i ogląda się, czy mąż wyszedł. – Bardzo to przeżył.

    Tyle lat koniem pracował w polu. I znowu strata. Przygnębiły go te ule, a zdrowia nie ma. Boimy się o niego. Stanisław przyprowadził syna, po czym wyszedł z chlewu, pewnie do ogrodu. Coś szeptał, może rozmawiał z pszczołami, może...

    W szpitalu w mieście byłem i chemia mi włosów nie zabrała. Chorobę zmogłem, bo miód przez całe życie piłem. Miód płynie w moich żyłach. Ciekawe, gdzie się dziś kupuje ule? Muszę mieć ule.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół