Nowy Numer 07/2018 Archiwum

Filmowe historie

Czy miejsce historii jest tylko na śmietniku historii filmu?

Emitowana od niedawna telenowela o czasach Łokietka i Kazimierza Wielkiego wzbudziła znowu spory o miejsce i sposób pokazywania historii w filmie. Czy miejsce historii jest tylko na śmietniku historii filmu? Do niedawna, jako dodatek do tezy o „polskości jako nienormalności”, powtarzana była inna, równie „postępowa” teza, że częścią, a może nawet sednem owej polskiej nienormalności jest przywiązanie do historii, swoista obsesja na tle własnej przeszłości. Słyszeliśmy, że gdzie indziej nie pisze się tyle, a już tym bardziej nie kręci wciąż filmów czy seriali telewizyjnych na historyczne tematy. No, może w putinowskiej Rosji, która wszak wzorem dla nas być nie może (z tym ostatnim stwierdzeniem akurat się zgadzam). Zwolennikom tezy, że to tylko w „tym kraju” kręci się filmy historyczne, a niekiedy nawet realizuje za ich pomocą pewną politykę historyczną, pozwolę sobie wymienić garść przykładów z kilku innych niż rosyjska czy polska kinematografii. W Norwegii, Danii, Finlandii, Estonii, Holandii mamy wysyp filmów fabularnych, które ukazują rozmaite epizody z historii, przedstawiające Norwegów, Duńczyków, Finów, Holendrów jako ofiary albo też jako historycznych herosów. Kto nie wierzy, niech poszuka takich tytułów z ostatnich lat, jak fińskie: „Granica”, „Łzy kwietniowe” (oba o walce Finlandii o niepodległość w 1918 r.), „Za linią frontu”, „Kätilö” (o II wojnie), jak opowieść o królowej Krystynie („The Girl King”), jak estoński „1944” czy „Szermierz”, duński „9 April”, norweskie „Max Manus” czy „King’s Choice”, holenderskie „Admirał”, „Nowa Ziemia”, „Kenau: wojowniczka z Haarlemu” (te filmy „bezwstydnie” opowiadają bohaterskie historie sprzed wieków!).

A spójrzmy za naszą południowo-zachodnią granicę, gdzie mieszkają dumni podobno ze swego życia poza historią Czesi. To mistrzowie w opowiadaniu i reklamowaniu swej historii. Polacy sformowali w decydującej o losach Anglii i świata bitwie powietrznej kilka niezwykle skutecznych dywizjonów – i nie zrobili dotąd na ten temat ani jednego filmu. Czesi mieli garstkę lotników w bitwie o Anglię i już dawno (w 2001 r.) zdołali zrobić o nich wspaniały, słusznie nominowany do Oscara dla najlepszego filmu zagranicznego obraz „Ciemnoniebieski świat” Jana Svěráka. Czesi mieli jeden batalion w bitwie o Tobruk (Polacy mieli tam całą bohatersko walczącą brygadę), i to Czesi, a nie Polacy, nakręcili o swoich żołnierzach spod Tobruku film fabularny. „Operacja Anthropoid”, porywający i słusznie niepozbawiony patosu międzynarodowy film z czeską zachętą i z zachodnią gwiazdą (Cillianem Murphym) w roli głównej, przekonuje międzynarodową publiczność, że najbardziej dramatycznym doświadczeniem w Europie pod okupacją niemiecką był dokonany w Czechach zamach na Heydricha i związane z tym brutalne represje na czeskiej ludności cywilnej. O kompleksie Monachium 1938 r. z genialnym humorem potrafił opowiedzieć Petr Zelenka w filmie „Zagubieni”. Jan Hřebejk jak nikt umiał w filmie „Nauczycielka” pokazać obrzydlistwo konformizmu i codziennego upodlenia jako istotę komunistycznej opresji. Ostatnio porwali się też Czesi na wielką filmową opowieść o swoim prezydencie założycielu (nienawidzącym Polaków i odpowiadającym za zbrojny zabór polskiej części Śląska Cieszyńskiego w latach 1918–1919) Tomaszu Masaryku. To tylko przykłady z kilku lat.

A nasi zachodni sąsiedzi? To dopiero fachowcy w dziedzinie konsekwentnej filmowej polityki historycznej! Dzięki całej serii nakręconej z hollywoodzkim rozmachem świat wie, że najdzielniejszy ruch oporu w czasie II wojny to byli Niemcy, z pułkownikiem Stauffenbergiem na czele (ten faktyczny rasista, w kampanii wrześniowej 1939 r. z rozkoszą zabijający dla wielkich Niemiec słowiańskich i żydowskich „podludzi”, ma już w globalnej wyobraźni sympatyczną twarz amerykańskiej supergwiazdy Toma Cruise’a). Największym przyjacielem Żydów w czasie II wojny był, jak wiemy z innej superprodukcji, Oskar Schindler. Dzięki sprzedanemu do ponad 50 krajów niemieckiemu serialowi „Nasze matki, nasi ojcowie” – świat także „wie” już, jak szlachetni byli żołnierze Wehrmachtu, zmagający się na Wschodzie z antyżydowskimi bestiami z Polski. Minęła właśnie okrągła rocznica reformacji i już mogę oglądać efektowny, znakomicie przygotowany miniserial o jej germańskim superherosie Lutrze („Między niebem a piekłem”).

A czym może wylegitymować się polska kinematografia historyczna ostatnich 25 lat? Tu już każdy z Czytelników wybierze odpowiedź. W kolejnym moim „asie”, za miesiąc, jak Bóg da, napiszę o tym, jakie są wielkie szanse zbudowania globalnej, historycznej opowieści o Polsce – i o tym, jak są marnowane…

« 1 »
oceń artykuł

Reklama