Nowy numer 20/2018 Archiwum

Renesans kolędowania

Kolędujmy. Grajmy i śpiewajmy. Dla siebie, naszych dzieci, bliskich. Dla tradycji. I dla małego Jezusa.

Lubią Państwo kolędy? Ja bardzo. Przepiękne słowa, przepiękna muzyka. Przesłanie, atmosfera. Perełki kultury, wiary, zamknięte w kilku prostych strofach i linii melodycznej. Niegdyś śpiewane nie tylko w kościołach, ale przede wszystkim w domach. Kolędowanie było zwyczajem rodzin i przyjaciół. Jakąś normą, która była wpisana w tradycję i rzeczywistość Bożego Narodzenia. Nikogo do śpiewania i grania namawiać nie trzeba było. Śpiewały dzieci, śpiewali rodzice. Śpiewały całe rodziny. A nawet w zakładach pracy, mimo często niesprzyjających okoliczności historycznych czy politycznych, na wigiliach „pracowniczych” wybrzmiewało staropolskie „Bóg się rodzi” czy „Wśród nocnej ciszy”. I chyba w latach dziewięćdziesiątych o kolędach jakby zaczęliśmy zapominać. Stały się jakieś takie wstydliwe, zapędzone wyłącznie do murów kościelnych, względnie niewychodzące z przestrzeni szkolnych jasełek. Na spotkaniach rodzinnych, świątecznych, wigiliach klasowych kolędy, owszem, były: rozbrzmiewały z magnetofonów i płyt. Grały sobie, jakoś tak smętnie i bez przekonania, jakieś toporne opracowania z podkładem keyboardowym. I nikt nie podśpiewywał, nie włączał się do tego kolędowania, bo jakoś trudno wtórować maszynie.

Szczęściem jednak, a może rozsądkiem, a może raczej... sercem, od kilku co najmniej lat obserwuję swoisty renesans kolędowania. Wspólne śpiewanie kolęd i pastorałek wraca do rodzin, przewija się w wykonaniach kilkuletnich gwiazdeczek i kilkudziesięcioletnich gwiazdorów zza wigilijnego stołu. Wraca też do szkół, w których organizowane są specjalne wieczory kolędowe dla uczniów, nauczycieli i rodziców. I również wśród przyjaciół organizowane są spotkania kolędowe, gdzie gitara, akordeon, pianino czy flet grają pierwsze skrzypce. A czterdziestolatkowie przypominają sobie repertuar kolędowy sprzed... trzydziestu lat. I biorą do ręki dawno temu zapomniany instrument. Okazuje się, że o wirtuozerce nie ma już mowy. Ale „Lulajże, Jezuniu” całkiem zbornie brzmi. I nawet jeśli prosty akompaniament nie wychodzi, można dośpiewać a cappella. Kolędujmy więc. Grajmy i śpiewajmy. Dla siebie, naszych dzieci, bliskich. Dla tradycji. I dla małego Jezusa, który również dzięki tym kolędom jest jakoś bliżej nas wszystkich. I jakoś cieplej się robi, lepiej i godniej. Kolęda łagodzi obyczaje, buduje wspólnotę i sprawia, że czas Bożego Narodzenia nabiera pełniejszego wymiaru wielogłosowego. A nawet gdy wielogłos wychodzi nieco fałszywie, i tak warto. Chóry anielskie, które z pewnością dołączają się do zespołu po tamtej, drugiej stronie, wyrównają przecież nasze śpiewacze ziemskie braki.

« 1 »
oceń artykuł
  • Gość
    21.12.2017 08:48
    Tylko w Polsce kolędy można nazwać kolędami. W innych krajach są tylko "piosenki świąteczne". U nas śpiewa się o małym Jezusie i Jego Matce, a tam "o świętach", o "świątecznym drzewku", dzwonkach, jedzeniu itd. Nawet kolęda "Cicha noc" też doczekała się "świeckiej wersji" i nie ma tam nic o śpiącym Jezusie i czuwającej Matce i Józefie.