Nowy numer 20/2018 Archiwum

Kiedyś było tak, jak nigdy nie było

Każdy, kto trafia do nieba, musi najpierw chodzić po ziemi.

Co roku w okolicach grudnia po internetach rozbrzmiewają utyskiwania na rzekomą infantylizację liturgii. Ma to jakoby wynikać z nastawienia księży na duszpasterstwo dzieci w ramach Mszy św. roratnich. „Jakoś nikt nie zauważa, że w większości parafii poprzez podobne eksperymenty praktycznie zatracono sens Mszy Roratniej i pozbyto się dorosłych” – napisał ktoś pod tekstem o nadzwyczajnej popularności materiałów roratnich „Małego Gościa”.

Sprawa ta pokazuje, jak łatwo przychodzi ludziom idealizowanie przeszłości. Wystarczy, że w niej nie uczestniczyli albo pozostawili sobie w pamięci tylko wycinki pasujące do ich układanki. A co jest w tej układance? Ano są kościoły pełne dorosłych, nabożnie uczestniczących we Mszy, najlepiej trydenckiej. Rozbrzmiewa tam perfekcyjnie wykonany śpiew, najlepiej gregoriański. Tam potężne organy zalewają skupionych ludzi lawiną dźwięków, a od ołtarza aż ku sklepieniom, najlepiej gotyckim, wznosi się wonny dym kadzideł. A przed samym ołtarzem, wśród złoceń i marmurów, kapłan, najlepiej w barokowym ornacie i najlepiej z asystą w dalmatykach, w nienaganny sposób sprawuje liturgię. Kazania są treściwe i konkretne, najlepiej katechizmowe, trafiające do samego serca. Szczególnie na Roratach, najlepiej o szóstej rano, na których zawsze są tłumy dorosłych. Dzieci, owszem, też są, ale grzeczne i w odpowiednich proporcjach. I też liturgię przeżywają, też słuchają i wszystko rozumieją. Wszystko jest w tej układance po prostu i-de-al-ne. Nie ma tam niedbałych celebransów, nudzących kaznodziejów i znudzonych wiernych, nie ma kiepskich organistów i koszmarnych śpiewów. I oczywiście nie ma pustych ławek.

Tak podobno kiedyś było. Pytanie tylko, kiedy i gdzie to było. Bo jak sięgam pamięcią, nigdy nie było tak, jak to chcą widzieć dzisiejsi projektanci przeszłości. Jeśli dziś ktoś łamie ręce nad rzekomym złym sprawowaniem liturgii albo nad „infantylizacją Rorat”, to ja nie wiem, kiedy było perfekcyjnie i „nieinfantylnie”. Gdy pół wieku temu rozpoczynałem karierę ministranta, to i wtedy na Roraty przychodziły głównie dzieci. Dorośli zjawiali się tam najczęściej w roli opiekunów. Roratom zawsze towarzyszył „dziecięcy klimat” – lampiony, obrazki itd. I jak pamiętam, kaznodzieje mówili na Roratach „dziecięce” kazania. I organizowali jakieś formy konkursów, zagadek, rywalizacji. Dzięki temu dzieci na Roraty chodziły chętnie i bez przymuszania, a Adwent pozostał w ich pamięci jako czas prawdziwego przygotowania do narodzin Pana Jezusa.

Jak się to przekładało i przekłada na wiarę ludzi dorosłych? Trudno to zmierzyć, ale gdyby duszpasterze nie docierali do najmłodszych, ci rzadziej docieraliby do Kościoła jako dorośli. Bo tak to dziwnie jest, że dojrzałość w wierze osiąga się drogą dojrzewania. Dojrzewający zaś potrzebuje warunków odpowiednich dla siebie, a nie dla dojrzałego.

« 1 2 »
oceń artykuł
  • lll
    08.12.2017 12:33
    tak czy inaczej, oddzielne roraty dla dzieci i dorosłych to dobry pomysł. u mnie w parafii tak jest i wszyscy są zadowoleni
  • gut
    08.12.2017 20:23
    Bardzo, bardzo Pan Franciszek to - przekonywujący - sposób wyraził!! :-)))) Tak samo jak ten rysunek u góry! ;-dd
    doceń 2
  • Gość Marek
    10.12.2017 14:26
    Dwie myśli:

    1. Wyobraźmy sobie taki tekst napisany w roku 1950 (Msza Trydencka... ale obciach) i reakcję Redaktora Naczelnego.

    2. Gdzie jest teraz (rok 2017) granica między tym, co dopuszczalne w liturgii, a tym, na co nie można pozwolić. Czy celebrans udający ruchy pajaca przy ołtarzu, ubrany w ornat, to przesada, czy jeszcze nie? Kto jest w stanie taką granice określić dzisiaj?
    doceń 4
  • PanGoladkin
    11.12.2017 20:16
    Roraty to najwspanialsze wspomnienie z mojego dzieciństwa, od kilku lat ponownie chodzę na nie co roku. Dzięki Bogu że to msze głównie dla dzieci! Raz że one bardziej podobają się Bogu, są więc w Kościele ważniejsze, dwa że dorośli są często beznadziejni - wstydzą się wiary, modlitwy, mówienia o Bogu, itd. Jeśli ktoś nie potrafi radować się z Rorat, to znaczy że zatracił w sobie dziecko - "jeśli nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Bożego!" A ci tradycjonaliści, którzy nie rozumieją że forma jest rzeczą trzeciorzędną, a liczy się wnętrze, załamują mnie... Tak jakby Jezus odstawiał jakieś szopki gdy był na Ziemi, a nie pozwalał wszystkim podchodzić do siebie, w formie dowolnej - takiej jaką wybrał dany człowiek. Jestem przekonany że jeśli wierni mają w sobie miłość do Niego, jest mu w najwyższym stopniu obojętne w jaką stronę zwrócony jest kapłan, i wszystkie inne formy zewnętrzne też.
    doceń 1