GN 20/2018 Archiwum

Ci obcy

Polska pomoc dla syryjskich uchodźców w Libanie jest konkretna, sensowna i wyraźnie odczuwalna. Pojechałem do Libanu i przekonałem się o tym na własne oczy. Czy stać nas na zrobienie kroku dalej i otwarcie również korytarzy humanitarnych?

Syryjscy uchodźcy w Libanie znaleźli się w sytuacji patowej: bez nadziei na powrót, ale i bez perspektyw w obcym państwie. W pułapce znalazł się również Liban: nikogo z kraju nie wyrzuci, ale nie ułatwiając uchodźcom dostępu do edukacji i rynku pracy, naraża się na kumulację i tak silnych już napięć w społeczeństwie. Trudno też oczekiwać zbyt wiele od państwa wielkości województwa świętokrzyskiego, które przyjmując co najmniej 1,3 mln uchodźców, wzięło na siebie największy ciężar związany z kryzysem syryjskim. Z jednej strony nie ma więc miejsca, dokąd uchodźcy mogliby wrócić lub wyjechać („Dobre pytanie” – usłyszałem od szejka Moraba w Bire, gdy spytałem go, dlaczego bogata Arabia Saudyjska nie otworzy się na sunnickich uchodźców), z drugiej zaś dłuższy postój w poranionym podziałami Libanie grozi wybuchem konfliktów.

Nie nasz wybór

W tak ściśniętej sytuacji jedyne światło widać w doraźnej pomocy, jaką niosą organizacje humanitarne. Wśród nich wyróżnia się aktywność Polaków. Na własne oczy przekonałem się – głównie w północnej części Libanu, ale też w Bejrucie – jak konkretna, sensowna, profesjonalnie zorganizowana i wyraźnie odczuwalna przez samych zainteresowanych jest to pomoc, współfinansowana zresztą przez polskie MSZ. Na dłuższą metę jednak nawet najlepsze programy pomocowe mają swoje ograniczenia. Pomoc humanitarna z definicji nie powinna trwać dłużej niż 9–12 miesięcy, w Libanie zaś ten czas przedłuża się w nieskończoność.

Chodzi również o godność samych zainteresowanych, którzy – przynajmniej ci spotkani przeze mnie – nie mają w sobie nic z roszczeniowej postawy i chcieliby zwyczajnie zarabiać na życie, planować, marzyć.

– Nie nazywajcie nas uchodźcami, nie my wybieraliśmy ten los – usłyszałem w Bejrucie opowieść kurdyjskiego chłopca, który w napisanym przez siebie wierszu oddał wszystko, czego doznaje chyba większość uciekinierów z Syrii: czują się swoim statusem upokorzeni, bo to nie jest ich wojna. – Ja nie wiem, kto strzelał w mój dom, czy armia, czy opozycja, ja tylko chciałem chronić moją rodzinę, dlatego uciekłem – mówi Muhammad z Aleppo.

W Bire w dystrykcie Akkar, pod granicą z Syrią, odwiedzam kobietę z trójką dzieci. Mąż zginął w czasie ataku moździerzowego. Amina uciekła z dziećmi do Libanu przez rzekę. Syn wymaga natychmiastowej operacji, ma uszkodzony rdzeń kręgowy. Operacja w Libanie przekracza możliwości syryjskiej rodziny bez dochodów, jest też o wiele droższa niż w Polsce. W takich sytuacjach pytanie o to, dlaczego dotąd nie zdobyliśmy się na otwarcie korytarzy humanitarnych właśnie dla takich, konkretnych przypadków, nasuwa się zupełnie spontanicznie.

Gleba dla ekstremizmu

Nie tylko niepełnosprawność i inne choroby są przeszkodą w podjęciu nauki. W Libanie zdecydowana większość syryjskich dzieci nie kontynuuje nauki w szkole. W Syrii uczyły się po arabsku, w Libanie językami wykładowymi wszystkich przedmiotów są francuski i angielski. Nie podejmują też nauki, bo muszą rozglądać się za dorywczą sezonową pracą, by utrzymać rodzinę, zwłaszcza jeśli nie ma w niej ojca. Poza tym dochodzą i takie przeszkody jak brak komunikacji miejskiej, by dojeżdżać do szkoły, oraz… wstyd przed libańskimi dziećmi z powodu swojego ubóstwa. To zamyka praktycznie młodym Syryjczykom drogę do jakiegokolwiek ułożenia sobie regularnego życia zawodowego w przyszłości. Idealny grunt do rodzenia się i dojrzewania wszelkich odmian ekstremizmów, które z pewnością wykorzystają profesjonalni w werbunku dżihadyści. Libanowi grozi powielenie obecnego już modelu palestyńskiego, tzn. jest realne zagrożenie, że Syryjczycy pozostaną w Libanie dłużej, podobnie jak pozostali tam uchodźcy z Palestyny. Rosnące kolejne pokolenia pozbawionych wykształcenia Palestyńczyków w połączeniu z podobną perspektywą w przypadku dorastających Syryjczyków to rzeczywistość, która nie napawa optymizmem. Nad tym unosi się dodatkowo tocząca się walka o wpływy w świecie islamu między sunnicką Arabią Saudyjską a szyickim Iranem, który akurat w Libanie ma silne zaplecze zbrojne i polityczne w postaci Hezbollahu. Gdy zatem pojawiają się wątpliwości, czy korytarze humanitarne nie są importem terroryzmu do Europy, można postawić inne pytanie: czy pozostawienie tych ludzi właśnie w takiej sytuacji tam na miejscu nie jest przykładaniem ręki do kumulacji problemu, którego… chcemy uniknąć?

Pod jednym dachem

– Niech Bóg da ci siły do twojej pracy. – I tobie niech da to samo. Tak wygląda krótka wymiana zdań na wojskowych check-pointach na trasie z Bejrutu do Kobayat na północy Libanu, podczas rutynowej kontroli podróżujących. W kraju podzielonym jak żaden inny (poza dzisiejszą Syrią) w regionie takie słowa mogą zaskakiwać. Świeże ciągle rany po długoletniej wojnie domowej sprawiają, że dawna „Szwajcaria Bliskiego Wschodu” jest tylko wspomnieniem tego, czym mógł być ten kraj, gdyby nie dał wciągnąć się w bezsensowną jatkę. Mamy wprawdzie obraz Libanu jako oazy zgodnego współżycia sunnitów, szyitów i chrześcijan, głównie maronitów. Widocznym dowodem na to ma być m.in. stały podział najważniejszych funkcji w państwie: chrześcijanin jest prezydentem, sunnita premierem, szyita przewodniczącym parlamentu. Również wszechobecne w Bejrucie, wcześniej niż w Polsce, okołobożonarodzeniowe wystroje (owszem, najczęściej w swojej komercyjnej, gwiazdkowo-mikołajowej, mało religijnej karykaturze) sąsiadują z wyrazami czci dla Mahometa, widocznymi zwłaszcza w dniu święta państwowego, jakim są urodziny Proroka (30 listopada). W rzeczywistości jednak każdy żyje tu mocno odseparowany od innych. Obcy w jednym domu. Wbrew pozorom to w Syrii przed trwającą wojną panowała większa symbioza różnych grup społeczno-religijnych niż obecnie w Libanie. To też nie jest obojętne w kontekście gigantycznego problemu z uchodźcami. Żyjący nie z sobą, ale obok siebie, obcy dla siebie nawzajem Libańczycy nie są w stanie zasymilować się z tak dużą liczbą zupełnie już obcych im Syryjczyków. Także z obawy przed konkurencją, choćby na rynku pracy, co akurat jest mało racjonalne, bo regularny rynek jest dla Syryjczyków zamknięty. Chyba że brać pod uwagę prace sezonowe i dorywcze, które dla większości uchodźców są jednym z głównych – obok pomocy organizacji humanitarnych – choć nie stałych źródeł utrzymania.

Syryjczycy doświadczają zresztą nieraz, że niekoniecznie są tu mile widziani. – Kilka razy w drodze ze szkoły zaczepiały nas libańskie dzieci, ale nie wchodziliśmy w bójki – mówią bracia mieszkający z siostrą i rodzicami w wynajmowanym mieszkaniu w miasteczku Fnajak, położonym wysoko w górach. Ojciec rodziny miał w Syrii swój własny sklep. Stracił wszystko. W Libanie łapie się pracy dorywczej, głównie w budownictwie. – Od dwóch pracodawców jednak do dziś nie dostałem wynagrodzenia – przyznaje. Choć spotkała go jawna niesprawiedliwość, nie wyczuwam w głosie żalu do winowajców. Mężczyzna ma świadomość, że jego nieuregulowany status i brak pozwolenia na pracę stwarza okazję do wykorzystania go przez nieuczciwych Libańczyków. Nie ma jednak innej alternatywy.

Jak w zegarku

Tym większe znaczenie, zwłaszcza w takich przypadkach, mają programy pomocowe, które na miejscu, przy wsparciu środków z MSZ, realizuje m.in. Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Najbardziej odczuwalnym zastrzykiem dla uchodźców są środki z programu Cash for Rent, czyli pieniądze na wynajem mieszkań. Większość uchodźców syryjskich w Libanie (80 proc.) mieszka bowiem w wynajmowanych budynkach mieszkalnych, bywa, że również w garażach, mniejszość natomiast zamieszkuje w typowych obozach, w namiotach. Wynajem mieszkania w północnej części Libanu, w dystrykcie Akkar, to koszt ok. 100–120 dolarów miesięcznie. I taką też kwotę otrzymują rodziny po przejściu weryfikacji, a następnie po regularnej kontroli statusu materialnego danej rodziny.

– Nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim, musieliśmy więc zdecydować się na pomoc dla najbiedniejszych – mówi Katarzyna Szalbot z biura PCPM w Kobayat. Polska Pomoc dba o to, by wynajmujący mieszkanie mieli zapewnione bezpieczeństwo ze strony wynajmującego – podpisywany jest trójstronny kontrakt z rodziną i właścicielem na pół roku, który potem może być przedłużony dwukrotnie na 3 miesiące. Co 2 miesiące sytuacja jest monitorowana. Jeśli w mieszkaniu pojawiają się jakieś luksusowe czy po prostu nieco droższe towary – pomoc może zostać wstrzymana, w kolejce czekają inni.

Taniej na miejscu

Polsko-libańska ekipa (organizacja zatrudnia też Libańczyków) wykonuje na miejscu sprawnie skoordynowaną pracę również na wielu innych polach. PCPM współpracuje m.in. z fundacją wspomnianego na początku szejka Mohhamada Moraba. W należącym do niego budynku w Bire prowadzona jest nie tylko klinika dla uchodźców (korzysta z niej ok. 4000 osób z 20 miejscowości), ale również szkoła, w której prowadzone są szkolenia zawodowe dla dzieci i dorosłych oraz edukacja dla tych dzieci, które nie mogły podjąć nauki w szkole publicznej (udaje się to zdecydowanej mniejszości). Z funduszy PCPM idą również pieniądze na piece i opał w mieszkaniach i obozach w okresie zimowym. Polscy instruktorzy wyszkolili nawet mieszkańców obozów w zakresie ochrony przeciwpożarowej, tworząc w nich ochotnicze straże pożarne. To ważne w okresie zimowym, gdy co roku ginie od pożarów ok. 50 osób zamieszkujących obozy.

Polska Pomoc posiada również mobilną klinikę, z którą jeździ do obozów. Szejk zatrudnia w swojej fundacji syryjskiego chirurga, którego kwalifikacje nie są jednak uznawane w Libanie, musi więc pracować tylko jako internista. Manah Kenan mógł wyjechać do Niemiec i tam zarabiać duże pieniądze jako specjalista. Został jednak ze swoimi w Libanie. – Głównie dlatego, że w Syrii ciągle jest moja matka – przyznaje. – Ale nawet gdybym ściągnął ją do Libanu, nie wyjadę stąd, jestem tutaj potrzebny – dodaje. Przez niecałe dwie godziny przyjmuje kilkudziesięciu pacjentów w jednym z odwiedzanych przez nas obozów.

Liczba inicjatyw, programów i zaspokajanych potrzeb robi wrażenie. – Dla mnie największym odkryciem były wyliczenia, z których wynika, że pomoc dla uchodźców na miejscu jest kilka razy tańsza niż utrzymanie ich w Europie – mówi szef PCPM dr Wojciech Wilk. Rzeczywiście, pomoc socjalna dla 4-osobowej rodziny uchodźców w Polsce, żyjącej poza ośrodkiem dla cudzoziemców, to koszt ok. 1500–1600 zł. Za tę kwotę w Libanie można zapewnić dach nad głową aż czterem rodzinom. Prezes PCPM ma jednak świadomość, że w niektórych przypadkach wskazane byłyby inne działania. – Od 1939 do 1989 roku kilka milionów Polaków było uchodźcami. Powinniśmy nieść pomoc szczególnie w tych krajach, które kiedyś same przyjęły uciekinierów z Polski. Wydaje mi się jednak, że dzisiejsza Polska może pozwolić sobie na przyjęcie niewielkiej grupy uchodźców – dodaje Wilk.

Ksenos

„Byłem przybyszem, a przyjęliście mnie”, tłumaczymy w formie trochę ugrzecznionej fragment Kazania na Górze. W oryginale greckim jest słowo ksenos, czyli obcy, niepasujący do reszty społeczeństwa, odstający od grupy. „Byłem obcy”… Stać nas na to? Nie finansowo, tylko mentalnie. Czy sami zainteresowani chcieliby w ogóle odnaleźć się w obcej również dla nich rzeczywistości? To jedne z wielu pytań, z jakimi opuszczam Liban. Nie znam dobrych odpowiedzi. Rozumiem też obawy libańskich chrześcijan, wspominających – jak maronicki karmelita o. Ajub Jakub, z którym spotykam się dzień przed wyjazdem – natarcie syryjskich muzułmanów w latach 70. XX w. na ich miejscowość. Dziś mieszkają tam sami maronici, lokalne władze nie zgodziły się na przyjęcie większej liczby sunnickich uchodźców… Nie oceniam, próbuję tylko wyobrazić sobie, czy odmówiliby przyjęcia Aminy z trójką dzieci, z wymagającym operacji synem. Czy ksenos z Syrii są tak bardzo obcy, że brak dla nich jakichkolwiek „okoliczności łagodzących”? Wiem, że chrześcijanie w Syrii musieli uciekać przed sunnickimi dżihadystami (choć szejk Morab przekonywał mnie, że nawet Państwo Islamskie stworzył szyicki Iran i służby syryjskie; nie brak zresztą paru tropów, które kazałyby wziąć pod uwagę tę hipotezę), ale sunniccy uchodźcy z kolei widzą, że spora część chrześcijan wspiera Asada, który z Rosjanami zrzuca na sunnitów bomby i daje do zrozumienia, że nie ma już dla nich miejsca w „oczyszczonej” Syrii… Tu nic nie jest proste ani jednoznaczne. My mimo wszystko mamy prościej, nie jesteśmy obciążeni tymi emocjami.

Jedna z położonych w górach restauracji, w Akkar, utrzymuje się głównie z wesel. Świetne położenie, z dużym tarasem, zapewnia niezwykły widok na pogranicze libańsko-syryjskie. Uchodźcy, którzy tutaj żyją, już po ucieczce często mieli okazję widzieć spadające na ich dobytek bomby. Czy w takim miejscu można się bawić, popijać kawę i wznosić toasty? Z widokiem na spadające jeszcze niedawno pociski i uciekających ludzi? Uchodźcy nie liczą na żadne ckliwe wzruszanie się ich losem i rezygnację z własnej zabawy. Chcieliby tylko realizujące swoje interesy mocarstwa regionalne i światowe przestały bawić się ich kosztem. By mogli wrócić do siebie. Na razie jednak wydaje się to jeszcze mniej możliwe niż przełamanie naszego strachu przed „tymi obcymi”. •

« 1 »
oceń artykuł
  • wujek_Olek
    10.01.2018 00:31
    Problem w tym, że rządy "naszych" świeckich państw dowolnego prawa IV. neoliberalnej LBGTQIAZ ... Rzeszy, które, z USA na czele, niszczą państwowość krajów Bliskiego Wschodu, robią wszystko, aby uniemożliwić pomoc na miejscu, gdzie jest najbardziej potrzebna. Mój przekaz na polskie konto Caritas "dla Aleppo" był blokowany przez "mój" bank, bo tego zarząd nie wspiera reżimu (rządu) Syrii... Wspiera oczywiście i bezkrytycznie, zawsze i wszędzie, "nation bombing" i "regime change" w imię IV. neoliberalnej LBGTQIAZ ... Rzeszy z USA na czele.
    doceń 1
  • Piotr
    10.01.2018 14:24
    Tu nie chodzi o strach przed "obcymi". To manipulacja. Chodzi o strach przed czymś, o czym nawet strach pisać. Jasne to, panie Dziedzina?
    doceń 5
  • krut00
    10.01.2018 18:32
    Panie Dziedzina, kulturowo muzułmanie z Syrii są znacznie bliżej Arabii Saudyjskiej niż Polski czy ogólnie Europy. Mamy w Polsce muzułmanów od kilku stuleci ale Ci pamiętają jeszcze czasy świetności RP i raczej nie wyobrażają sobie nawet przeszczepiania tamtych tradycji na grunt Polski. Obawiam się więc że wielu z nas wie jak islam traktuje kobiety i zwyczajnie nie będzie w stanie na to patrzeć we własnym kraju. Pan rozumie co to oznacza?? Otwartą wojnę na noże na ulicach Polskich miast.
  • Batrahe
    11.01.2018 11:41
    "Gdy zatem pojawiają się wątpliwości, czy korytarze humanitarne nie są importem terroryzmu do Europy, można postawić inne pytanie: czy pozostawienie tych ludzi właśnie w takiej sytuacji tam na miejscu nie jest przykładaniem ręki do kumulacji problemu, którego… chcemy uniknąć?" - bardzo trafnie napisane. Warto też zwrócić uwagę na to, że imigranci w naszym kraju (bez względu na religię, którą wyznają), muszą przestrzegać naszego prawa. A więc to nie jest tak, że np. muzułmanin będzie mógł bić żonę, a my będziemy musieli to akceptować lub samodzielnie "wymierzać sprawiedliwość". Fakty są takie, że w chrześcijańskim kraju prawo zabrania (lub powinno zabraniać) tych ewentualnych złych rzeczy związanych z islamem (jak np. honorowe zabójstwa, poligamia), a więc jest to raczej szansa dla tych ludzi na uniknięcie krzywd i wciągnięcia do grup terrorystycznych. Poza tym Polska nie jest raczej wymarzonym celem podróży migrantów, ponieważ nie jest krajem tak zamożnym jak np. Niemcy (historia chrześcijańskich rodzin sprowadzonych przez fundację "Estera" jest bardzo wymowna) . Zapewne trafiałyby do nas np. osoby potrzebujące określonej pomocy medycznej i wcale nie jest pewne, czy w ogóle chciałyby u nas zostać. Pomoc tym ludziom u nas byłaby czymś normalnym i dobrym, obojętnie czy zostaliby u nas, czy nie, i słusznie zachęca do tego Kościół.