• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Obraz jak testament

    Agata Puścikowska

    |

    GN 41/2017

    dodane 12.10.2017 00:00

    Powstaje film o położnej z Auschwitz. To historia o bohaterstwie, ale i prostym życiu mądrej kobiety.

    Stara parowozownia w Skier­­niewicach nadaje się do tej sceny idealnie. Leciwe wagony, tory, lokomotywy. Wśród sprzętów – kobiety, dzieci, starcy. Długie spódnice, swetry dziergane na drutach, skórzane buty. Smutek w oczach. Wśród nich ona: drobna, delikatna i konkretna. Jasne, skromne palto, chustka na głowie. Trochę jakby obok, jakby wycofana. Jednocześnie ciepła i nastawiona na nienachalną pomoc. Stanisława Leszczyńska, położna z Auschwitz. Razem z kobietami i dziećmi wywożą ją do obozu. Jakby się czas zatrzymał. Jak przed 70 laty, gdy bydlęcymi wagonami Polacy i Żydzi wywożeni byli do Auschwitz.

    Dokument z serca

    Wśród aktorów i statystów kręci się reżyserka i scenarzystka filmu Maria Stachurska. Prywatnie cioteczna wnuczka Stanisławy Leszczyńskiej. Film to jej pomysł i jednocześnie nadzieja, że postać bohaterskiej krewnej w końcu będzie szeroko znana nie tylko w Polsce, ale i za granicą. – Myśl o filmie dojrzewała we mnie długo. Od lat myślałam o nakręceniu tego obrazu. Wielokrotnie rozmawiałam z moimi nieżyjącymi już wujkami, czyli synami Stanisławy. I to oni poprosili mnie o zrobienie filmu o matce, przekazywali mi po niej pamiątki, dokumenty. Niedawno umarł wujek Stanisław, ostatni z czworga jej dzieci. Również on udzielił mi długiego wywiadu na jej temat, prosił też, by podtrzymywać pamięć o matce.

    Maria Stachurska robiła wcześniej filmy religijne. Film o Stanisławie Leszczyńskiej, fabularyzowany dokument, jest dziełem czasochłonnym i wymagającym. – Bardzo długo – najpierw prywatnie, własnymi siłami – szukałam świadków, osób, które Stanisławę znały. Docierałam do kobiet, których porody przyjęła w Auschwitz. Niemal na moich oczach świadkowie odchodzili… Dlatego czułam się przynaglona do działania.

    Stachurska napisała scenariusz i przedstawiła projekt PISF. Temat został przyjęty oraz określony jako ważny i ciekawy. – Dodało mi to bardzo dużo sił, bo scenariusz spodobał się wszystkim. Do powstania filmu dołączyli koproducenci, m.in. Narodowe Centrum Kultury oraz EC1 Łódź – Miasto Kultury, a przecież Stanisława pochodziła z Łodzi i pracowała tam zarówno przed wojną, jak i po niej. Głównym producentem jest Squa­re Film Studio.

    Prace dokumentacyjne trwają od roku. Pierwsze zdjęcia rozpoczęły się w czerwcu.– Stanisława Leszczyńska fascynowała mnie od zawsze. Jako dziecko trochę się jej obawiałam, bo wydawała mi się… surowa – opowiada Stachurska. – Po latach odkrywam ją na nowo, surowość widzę już inaczej, raczej jako pewną ascezę. Wciąż zadaję sobie też pytanie, jak dramatyczne doświadczenia obozowe wpłynęły na jej późniejsze życie, na jej psychikę. Ona niemal nic nie mówiła o sobie. Ciężko pracowała, zachowywała pogodę ducha. O życiu obozowym wiemy tylko z dokumentu „Raport położnej z Oświęcimia”. Dla mnie robienie tego filmu to poznawanie wyjątkowej kobiety, badam jej życie okiem i sercem.

    Film będzie się składał z wypowiedzi świadków, rozmów z osobami, które znały Stanisławę, z dziećmi urodzonymi w obozie. Będzie też zawierał inscenizowane sceny z życia Leszczyńskiej. – Obecnie jesteśmy na półmetku realizacji zdjęć. Przyznam – jest to dla mnie duże, również emocjonalne wyzwanie – opowiada Stachurska podczas krótkiej przerwy w filmowaniu sceny ładowania więźniów do bydlęcego wagonu. A scena jest dramatyczna. Malutkie dziecięce nóżki, kobieta w ciąży, którą zaraz potem zajmie się Stanisława, pomagając jej godnie powitać dziecko na świecie. Mimo straszliwych obozowych warunków. Za nimi esesmani i wilczur. Słychać: Schnell! Schnell! Mała dziewczynka, statystka, chyba naprawdę trochę się boi…

    W gabinecie Mengele

    Scenografem filmu jest Piotr Stachurski. Jak mówi – dla niego to wyjątkowa praca i wyjątkowy czas, bo dotyka nie tylko wielkiej historii, ale też dziejów własnej rodziny. – Robiąc każdą ze scen, przenosimy się w czasie i to jest fascynujące. Stwarzamy realia, sytuacje, które naprawdę miały miejsce. Każda scena wymaga więc i pracy, i pewnego dotknięcia dziejów. Jednak dla mnie najbardziej wyjątkowa była scena w gabinecie dr. Mengele. Jeśli przenosimy się w straszny czas, kiedy lekarz zabijał w imię „nauki”, do miejsca, w którym wisi portret Hitlera, swastyki, to trudno zachować dystans. To mocne przeżycie – mówi Stachurski i dodaje: – O życiu Stanisławy wiedziałem z przekazów rodzinnych, więc jest to postać mi bliska. Jednak podczas prac dokumentacyjnych poznałem ją z szerszej perspektywy. Usłyszałem historię mojej ciotecznej prababki od zupełnie obcych ludzi i to były wyjątkowe opowieści. To dla mnie nie tylko lekcja historii, ale też uporządkowanie wielu spraw. Wielkie wrażenie zrobiło na mnie również wielokrotne wczytanie się w tekst „Raportu położnej z Oświęcimia”. To pozwoliło mi budować klimat scenografii.

    Piotr Stachurski odtworzył również salon Leszczyńskich z lat 20. ubiegłego wieku. – Ciekawe doświadczenie, choć tamta stylistyka jest nadal spotykana i w zasadzie ją znamy.

    – Ta scena była o tyle istotna, że łączy się z pracą Stanisławy: z tego salonu wybiegała przed wojną do kobiet, by przyjmować porody Polek, Żydówek i Niemek – bo Łódź była miastem wielu kultur i narodowości – dopowiada Maria Stachurska. – Leszczyńska pracowała i żyła w pełnej symbiozie z ludźmi, w ogromnej otwartości na nich. To też pokazuje jej charakter i prawdę o niej samej.

    Paweł Sobczyk jest operatorem. Wcześniej pracował m.in. na planie filmów „Maksymilian” i „Tajemnica tajemnic”. – Nie znałem dokładnie historii Stanisławy Leszczyńskiej. Obecnie coraz mocniej wchodzę w jej życie i poznaję kobietę, która miała odwagę robić swoje i pozostać przy raz podjętej decyzji: przyjmowania dzieci na świat, ratowania ich w każdej okoliczności i ze wszystkimi konsekwencjami – mówi Sobczyk. – Złożyła ślub Maryi, że będzie godnie przyjmować dzieci na świat, i słowa dotrzymała.

    Według Sobczyka najtrudniejsze przy realizacji filmu jest budowanie postaci. – Nie tworzymy typowego portretu, jakiejś chronologicznej biografii, lecz chcemy dotrzeć głębiej – mówi Sobczyk. – Najpierw postać Stanisławy miała zagrać aktorka. Jednak życie pokazało inny scenariusz…

    Wnuczka gra babkę

    Aktorka, która miała grać Stanisławę, w zasadzie była już wybrana, gdy… – Poprosiłam moją kuzynkę Elżbietę, wnuczkę Stanisławy, by przeczytała poezje obozowe. Zrobiła to przepięknie, mądrze i głęboko. Przekonaliśmy się wraz z Pawłem Sobczykiem, że to właśnie ona powinna się wcielić w tę postać – wspomina Maria Stachurska. – Poza tym niesamowite jest, że Elżbieta w jakiś sposób poszła drogą swojej babci. Stanisława godnie przyjmowała dzieci w nieludzkich warunkach. Ela godnie odprowadzała ich z tego świata, pracowała też z osobami starszymi, opuszczonymi, ciężko chorymi. To taka klamra. Ela jest podobna do babci duchowo i fizycznie…

    Pani Elżbieta nie chce mówić o sobie, chce pozostać w cieniu i pokazywać jedynie babkę Stanisławę. Ekipa filmowa to szanuje. – Ela, mimo że nie jest aktorką, perfekcyjnie przygotowuje się do każdego ujęcia, pracuje w skupieniu. Jakby wciąż myślała: co babcia zrobiłaby w takiej chwili, jak by się zachowała – mówi Stachurska.

    I choć znamy twarz Leszczyńskiej z fotografii, to – jak mówi Paweł Sobczyk – nie o podobieństwo fizyczne chodzi. Nie wystarczy ucharakteryzować aktorkę, by dobrze odegrała postać. – W oczach Elżbiety widać Stanisławę. I to jest najważniejsze… – mówi Sobczyk. – Elżbieta sama, w ciszy, przeżywa tę historię. To historia jej babki, ale i matki Sylwii, która razem ze Stanisławą przebywała w Auschwitz. Opowiada nam historię swojej rodziny i zmaga się z nią – jest przecież pierwszym pokoleniem, które nie doświadczyło obozu bezpośrednio.

    Pani Elżbieta odpoczywa po scenie wywózki. Obok przysiadł pies – wilczur. Tresowany i łagodny. Pani Elżbieta obserwuje dzieci biorące udział w filmie. Łagodnie się uśmiecha. Maria Stachurska ustawia statystów do kolejnej sceny. Wraz z charakteryzatorką i kostiumografką poprawia kostiumy.

    Czy Maria Stachurska ma poczucie misji? Lub też czuje… mistykę związaną z postacią ciotecznej babki, z dramatyczną historią rodziny? – Nie myślę o tym w kategorii misji czy mistyki. Nie lubię takich egzaltacji. Jednak wiem, że to czas, który muszę wykorzystać. Inaczej ostatni świadkowie odejdą, a świat o Stanisławie zapomni. Zapomni o kobiecie, która w Auschwitz przyjęła 3 tysiące porodów i ratowała kobiety oraz dzieci przed dr. Mengele… Mam poczucie wypełnienia testamentu. Przy okazji, gdy dokumentuję jej życie, przekonuję się, że niektóre historie, które są opisywane w kontekście życia Stanisławy, raczej nie mogły mieć miejsca.

    W niektórych środowiskach powtarzano, że Leszczyńska „zostawiła na dwa lata małe dzieci” i wyjechała do Warszawy uczyć się położnictwa. Co miało niby pokazać, że nie była dobrą matką. – Tymczasem szkoła położnicza trwała wówczas 6 miesięcy, a Stanisława kończyła ją przez dwa lata. Właśnie dlatego, że łączyła naukę z życiem rodzinnym w Łodzi, z opieką nad malutkimi dziećmi – wyjaśnia Stachurska.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół