• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Kosmici na odpuście

    Ks. Marek Gancarczyk Ks. Marek Gancarczyk

    |

    GN 38/2017

    dodane 21.09.2017 00:00

    Wzrost Kościoła odbywa się dzięki ludziom, którzy nie kombinują, nie dzielą włosa na czworo ani nie próbują szukać jakiejś trzeciej drogi, polegającej na tym, by Panu Bogu dać świeczkę, a diabłu ogarek.

    Spotkałem ich na odpuście w Pszowie, małym sanktuarium maryjnym na Śląsku. Dwóch mężczyzn i kobieta. Stali przy stoisku z napisem: Wspólnota Trudnych Małżeństw „Sychar”. Po kilku zdaniach rozmowy byłem przekonany, że mam do czynienia z jakimiś kosmitami. Takich ludzi już nie ma – myślałem! Taki gatunek nie występuje w przyrodzie. A jednak stali przede mną i z wielkim zapałem opowiadali, że co prawda ich małżeństwa się rozpadły, ktoś jest nawet po rozwodzie, ale oni na żonę czy męża będą wiernie czekać. Nawet wiele lat. Oczywiście w pojedynkę, bez szukania sobie innego towarzysza życia.

    Boże, przecież oni płyną całkowicie pod prąd współczesnemu światu, który niesie następujący przekaz: nie udało ci się jedno małżeństwo, to przykre i bolesne, ale możesz zawrzeć drugie. Masz prawo do szczęścia. Czasem nawet Kościół ulega tej presji, o czym w rozmowie z „Gościem” wspomniał ks. Paweł Dubowik, krajowy duszpasterz Wspólnoty Trudnych Małżeństw „Sychar”, mówiąc: „Dzisiaj nawet wielu teologów, moralistów mówi, że to postawa heroiczna, ale tak naprawdę trzeba sobie zadać pytanie, czy wymagania Ewangelii są tylko dla herosów…” (ss. 18–19). A moi bohaterowie spotkani na odpuście w Pszowie nie godzą się na taki scenariusz. Przede wszystkim ze względu na wierność Bogu, a następnie ze względu na wierność swojemu współmałżonkowi, małżeńskiej przysiędze, ale też i samemu sobie (więcej na ss. 16–19).

    Nie wiem, jak potoczy się ich życie, wiem natomiast, że kawa, którą piłem zaraz po rozmowie z nimi smakowała mi o wiele bardziej, niż gdybym ich tamtego dnia nie spotkał. Okazało się bowiem, że osobnicy poważnie traktujący słowo dane Bogu i człowiekowi jeszcze nie wymarli i chodzą po naszej ziemi. I nie są kosmitami. Trochę sobie żartuję, choć sprawa jest bardzo poważna. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że wzrost Kościoła odbywa się dzięki ludziom, którzy nie kombinują, nie dzielą włosa na czworo ani nie próbują szukać jakiejś trzeciej drogi, polegającej na tym, by Panu Bogu dać świeczkę, a diabłu ogarek. Tak się nie da. Kościół budują ludzie, którzy przy całej komplikacji życia wybierają proste rozwiązania: skoro dało się słowo, to trzeba być mu wiernym. Koniec. Kropka. Nie wiem, skąd oni się biorą, ale są. I Bogu niech będą dzięki!

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    • Jacek
      21.09.2017 18:43
      Piękne, ale to przecież nie jedyna grupa osób, która pozostaje wierna Bogu. Są np. osoby o skłonnościach homoseksualnych, które żyją w samotności i nikt Bogu nie dziękuje za ich wierność, ani nie twierdzi, że Kościół wzrasta dzięki nim. Nie mówi o tym głośno, bo źle to brzmi, bo przecież homoseksualiści nie mogą byc dobrzy. Tym bardziej, że osoby te są wierne, pomimo, że nie związane żadną obietnicą.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół