• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Zła pamięć

    dodane 14.09.2017 00:00

    O skandalicznej wystawie w Domu Europejskiej Historii w Brukseli mówi prof. Andrzej Nowak.

    Piotr Legutko: W Brukseli mamy już nie tylko komisarzy oraz Parlament Europejski, ale i Dom Europejskiej Historii. Zapewne zwiedzający usłyszą tam piękną opowieść o naszych antenatach, o wielkich filozofach, twórcach i oczywiście o chrześcijańskich korzeniach Europy.

    Prof. Andrzej Nowak: Wyczuwam ironię w tym pytaniu. Oczywiście polityczna poprawność wyklucza tego rodzaju opowieść. Wyklucza pamięć o chrześcijaństwie, o kulturze, obyczajach, o tym, co uczyniło Europę fascynującym zjawiskiem dla milionów ludzi, którzy przyjeżdżają tu oglądać katedry, poczuć klimat muzyki Mozarta czy poznać fenomen twórczości Szekspira. Żadnego z tych nazwisk zresztą nie ma w Domu Historii Europejskiej.

    Ale jak można opowiedzieć historię Europy bez katedr i Szekspira?

    Na tym polega właśnie zjawisko skrajnej ideologizacji przekazu politycznego, który zastępuje historię jako opowieść o przeszłości. Ja się nie upominam o Kościuszkę, nawet o Chopina, który niewątpliwie jest wspólną wartością kultury światowej. Celowo wspominam o tych twórcach europejskiego dziedzictwa, którym także jako Polak mam wiele do zawdzięczenia. Bo w Domu Europejskiej Historii brakuje nie tylko Mickiewicza, nie ma też Dantego, Bacha czy Balzaca.

    Czym się oni twórcom ekspozycji narazili? Skąd tak radykalna rewizja historii?

    Otóż kanon poprawności politycznej, z którym zostajemy zaznajomieni już na początku zwiedzania muzeum, zakłada, że nie ma kultur wyższych i niższych. Europa nie mogła więc stworzyć niczego bardziej wartościowego niż kultury powstające na innych kontynentach. Po drugie, co też jest wprost wyrażone w nagranej na tablet narracji przewodnika, bogactwo kulturowe Europy brało się stąd, że skolonizowała ona świat. Słyszymy, że kolonializm jest wielką winą całej Europy, także tych jej części, które z kolonialnym dziedzictwem nie mają nic wspólnego. I to jest ogromne zafałszowanie historii. Nie ma ani słowa o tym, że część państw tworzących dziś Unię Europejską padła ofiarą kolonializmu, także ze strony pozaeuropejskich narodów.

    Ile miejsca poświęcono zbrodniom niemieckiego i rosyjskiego imperializmu dokonanym na narodach Europy?

    Nie ma żadnej wzmianki o imperializmach. Za całe zło w Europie, za wszystkie wojny i konflikty odpowiadają narody i nacjonalizmy, nie ma imperiów i imperializmów. To jaskrawe zaprzeczenie prawdzie historycznej, bo I wojna światowa wybuchła na skutek zderzenia imperializmów, a II wojna w wyniku starcia dwóch ideologii imperialno-totalitarnych.

    Czy owe ideologie, nazizm i komunizm, są przynajmniej na wystawie pokazane symetrycznie?

    W najmniejszym stopniu tak nie jest. Tu, dla kontrastu, poleciłbym porównanie ekspozycji brukselskiej z naszym Muzeum II Wojny Światowej, też przecież budzącym wiele kontrowersji. W Gdańsku niemiecki nazizm i sowiecki komunizm są pokazane jako dwa wielkie zbrodnicze systemy odpowiadające za II wojnę światową. W Domu Europejskiej Historii sporo miejsca poświęcono Hitlerowi, ale z zaznaczeniem, że źródłem nazizmu był nacjonalizm. Natomiast komunizm jest pokazany jako w pewnym sensie szlachetna odpowiedź na nacjonalizm, jako właściwa reakcja na zło. I to jest podkreślone bardzo mocno. To coś w rodzaju ołtarza dla uhonorowania Manifestu Komunistycznego, ołtarza zbudowanego na I piętrze wystawy. Marksizm został przedstawiony jako „wyzwolicielski, płomienny ruch protestu” – to cytat z przewodnika.

    A co z milionami ofiar komunizmu?

    Dowiadujemy się, że ów szlachetny ruch miał w XX wieku swoje kłopoty związane z niewłaściwą jego implementacją w Europie Wschodniej. Opisywane są one jednak bardzo łagodnie i od razu zrównoważone tym, co dzieje się w tym samym czasie w Europie Zachodniej, gdzie po II wojnie jest równie źle. Za zimną wojnę odpowiadają Stany Zjednoczone i ewentualnie Związek Sowiecki, a obie strony Europy w jej wyniku cierpiały niemal symetrycznie. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to niewiarygodnie, ale takie właśnie jest przesłanie wystawy.

    Komu należy przypisać autorstwo tego „przesłania”?

    Pamiętajmy, że ta opowieść powstawała wiele lat i została napisana na konkretne polityczne zamówienie przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Hansa Georga Potteringa. Nadzorował jej wykonanie prof. Włodzimierz Borodziej, stojący na czele rady naukowej muzeum. Wyszła w każdym razie z tego wizja polityki historycznej… nawet nie niemieckiej, a raczej niemieckiej socjaldemokracji, wizja inspirowana współczesnym marksizmem (jedynym europejskim filozofem, obok Marksa, wymienionym na wystawie jest Sławoj Żiżek, współczesny słoweński neomarksista; nie ma w brukselskim Domu miejsca nawet dla Locke’a, Kanta czy Rousseau...). Prowadzi to wszystko do dramatycznej karykatury, której ofiarą nie jest tylko polska pamięć, ale pamięć każdego narodu z osobna i kultury europejskiej jako całości.

    Jak prof. Borodziej, niegdyś prorektor UW, broni tej karykatury?

    Nie znam żadnej publicznej wypowiedzi profesora w tej sprawie, poza jedną uwagą natury ogólnej, która zdaje się sugerować, że każdy, kto krytykuje wizję historii przedstawioną w Brukseli, czyni to z pozycji nacjonalistycznych. A tak nie jest! Krytykuję tę wystawę nie z perspektywy polskiej, narodowej, ale jako ktoś, kto szanuje tradycję i dorobek kulturowy Europy. Prof. Borodziej stwierdził, że pomysłu wystawy nie konsultował z poszczególnymi państwami członkowskimi, bo konsultacje nigdy by nie doprowadziły do konsensusu, więc ktoś musiał wziąć na siebie tę odpowiedzialność. I ktoś wziął, w sposób – powiem wprost – autorytarny. Bo to jest imperialna i autorytarna wizja historii rzutowana z centrum SPD na całą Europę. W tej wizji z pewnością nie rozpozna się żaden Francuz, Hiszpan, Włoch czy Portugalczyk, który czuje jakąkolwiek więź z tradycją europejską.

    Jak można w Domu Europejskiej Historii abstrahować od faktu, skąd się wzięła UE, kim byli i w co wierzyli jej założyciele, Schuman czy Adenauer?

    Jest tu oczywiście sala, gdzie znajdują się popiersia ojców założycieli, jest nawet poparcie dla tej idei wyrażone przez papieża Piusa XII. To jeden z trzech papieży uwzględnionych w ekspozycji. Drugi to Paweł VI, pokazany w kontekście encykliki „Humanae vitae”, której egzemplarz eksponowany jest wraz z potwornymi szczypcami do wykonywania aborcji, z jasnym przesłaniem, że Kościół odpowiada za cierpienia milionów kobiet. Trzecim papieżem jest Franciszek, z cytatem sławiącym Unię Europejską. Przesłanie wystawy jest bowiem czysto ideologiczne: wędrujemy z ciemności do światła. Przed pojawieniem się wspólnego projektu Unii Europa była piekłem. Źródłem zła były oczywiście chrześcijaństwo i nacjonalizm. Na piątym, ostatnim piętrze dochodzimy do raju, uosobionego wielkim portretem przewodniczącego Van Rompuya odbierającego Nagrodę Nobla przyznaną UE.

    Dla Jana Pawła II nie znalazło się miejsce, nawet w kontekście obalenia komunizmu?

    Jan Paweł II nie pojawia się na tej wystawie. W każdym razie ja go nie zauważyłem. Rok 1989 podsumowany jest 6-minutowym filmem, z czego ponad 5 minut poświęcono Niemcom, od ucieczek z NRD po obalenie muru berlińskiego. Polskę przedstawia mniej więcej minutowa opowieść o Okrągłym Stole i wyborach 4 czerwca. Skąd się ten stół wziął i kogo reprezentowała opozycja, nie wiadomo. Absolutnie dominuje jednak rewolucja demokratyczna w Niemczech.

    Jakie jeszcze nazwiska, dzieła związane są z Polską na tej wystawie?

    Chronologicznie pierwszym przykładem polskości jest Trylogia Sienkiewicza, wyłożona blisko Manifestu Komunistycznego – jako ciemny kontrast jasności. Trylogia pojawia się w towarzystwie innych podobnych jej książek, zatruwających europejskie dusze nacjonalizmem, który w efekcie doprowadził do I wojny światowej. Drugim polskim nazwiskiem, które się pojawia, jest Feliks Dzierżyński, w kontekście „ciekawego eksperymentu”, jakim był Kraj Rad. Eksperymentu nieudanego, bo musiał mierzyć się z potwornym białym terrorem, walczyć z interwencją krajów kapitalistycznych. Odpowiedzią na to był terror czerwony, który reprezentuje właśnie Dzierżyński, widoczny na dużym zdjęciu. I to jest pierwsza polska twarz pokazana na tej wystawie. Józef Piłsudski pojawia się w formie fajansowej figurki, oczywiście jako przykład autorytaryzmów typowych dla okresu międzywojennego w Europie.

    Aż strach pytać, jak przedstawiona została II wojna światowa.

    Główny nacisk położony jest na cierpienia ludności cywilnej, z pewnością słusznie. Tyle tylko, że znów charakterystyczna jest hierarchizacja ofiar wojny. Opowieść o nich zaczyna się od niemieckich wypędzonych. Budzi współczucie ogromne zdjęcie wymizerowanej rodziny opuszczającej wschodnią część Rzeszy w 1945 roku. Są oczywiście i inne fotografie, są partyzanci białoruscy, nieznane ofiary publicznych egzekucji, a na koniec młoda, elegancko ubrana kobieta, przedstawiona jako Polka, która wychodzi z obozu dipisów, stworzonego dla osób, które znalazły się po wojnie poza swoim państwem. To jest cały obraz polskich cierpień w czasie II wojny światowej.

    A jak pokazany został Holocaust?

    Zagłada Żydów jest oczywiście ważnym, choć równie źle przedstawionym tematem, i nie ja jeden tak uważam. Za to autorzy wystawy „wynagradzają” słabość tego wątku na piętrze poświęconym pamięci. To bardzo przykry fragment wystawy dla każdego historyka, zwłaszcza polskiego. Pamięć o Holocauście znów jest bowiem pokazana jako zderzenie światła z ciemnością. Światło to pamięć niemiecka i austriacka. Mówienie o pamięci austriackiej jako wzorcowej wydaje mi się szyderstwem. To Austriacy tworzyli „elitę” większości kadr obozów zagłady, czego ani oni, ani świat zdają się nie wiedzieć, zaś akurat ta grupa narodowościowa jest najmniej liczna ze wszystkich odwiedzających dziś Auschwitz. Austriacy nie chcą tam jeździć, wypierają Holocaust ze swojej pamięci, uważają się za ofiary II wojny światowej, podczas gdy byli najbardziej aktywnymi sprawcami.

    Pokazuje to choćby przykład obozu w Gusen, miejsca zagłady polskiej inteligencji, o którym Austriacy jakoś pamiętać nie chcą.

    A tu są wzorem dobrej pamięci, zaś jako antywzór pokazana jest Polska, a obok niej Francja i Ukraina. Polska reprezentowana jest przez książkę Jana Tomasza Grossa, a komunikat z tabletu wyjaśnia, że Polacy po wojnie wymazali z pamięci Holocaust, bo rządzący chcieli podkreślić jedynie rolę komunistycznej partyzantki. Nie ma, rzecz jasna, żadnej informacji o największej liczbie Sprawiedliwych wśród Narodów Świata czy akcji Żegota. Ale najbardziej dramatyczne dla mnie jest właśnie zestawienie wzorcowej niemieckiej i austriackiej pamięci z Polską – jako chłopcem do bicia. Na ścianie widnieją słowa przeprosin wypowiedziane przez prezydenta Kwaśniewskiego w Jedwabnem w imieniu narodu polskiego, a komentarz z tabletu uzupełnia, że naród polski wciąż jeszcze nie dorósł do tych słów.

    Czy ta niebywała ekspozycja została przez kogoś oprotestowana?

    Ubolewam bardzo, że nie spotkałem, jak dotąd, żadnego głosu w tej sprawie ze strony polskich europarlamentarzystów. Mamy bowiem do czynienia z muzeum firmowanym przez Parlament Europejski. Trzeba było więc zaprotestować, oczywiście nie w imieniu Polski, lecz zmobilizować do tego wszystkich kulturalnych, cywilizowanych ludzi zasiadających w PE. Bo jeszcze raz powtórzę: ta wystawa obraża nie tylko Polskę, ale całą kulturę i cywilizację europejską. Pamięć o wspólnej historii redukuje do skrajnego, ideologicznego schematu. Powinniśmy w odpowiedzi na to budować szeroką koalicję w obronie Bacha, Szekspira, Mozarta i Chopina, a przeciw prymitywnej, antynarodowej, antychrześcijańskiej i antykulturalnej wizji dziejów Europy.

    Na ile skuteczna może okazać się ta wizja? Kto w nią uwierzy?

    Jest pewien element budzący nadzieję. Otóż obok nas, uczestników międzynarodowej konferencji, zwiedzała wystawę wycieczka szkolna. Te dzieci były śmiertelnie znudzone, bo rzeczywiście – w porównaniu z nowoczesnymi muzeami narracyjnymi, takimi jak choćby Muzeum Powstania Warszawskiego czy Muzeum II Wojny Światowej, w Domu Europejskiej Historii po prostu wieje nudą. Nie ma tu nie tylko kultury wysokiej, ale nawet kultury masowej. Nie ma nie tylko Mozarta czy Chopina, ale także Festiwalu Eurowizji, czy nawet Beatlesów, a przecież popularna muzyka była istotnym elementem jednoczącym Europę w latach 60., dla nas, polskich słuchaczy Radia Luxemburg, nawet bardzo ważnym. To jest łopatologiczne muzeum ideologiczne, zrealizowane na poziomie muzeum historii partii w Moskwie. Są zatem duże szanse, że ten przekaz nie będzie działał.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • Gość
      17.10.2017 10:16
      Zyjemy w czasach, gdzie brukselscy ideolodzy kaza sie nam wstydzic juz nawet nie polskiej, ale europejskiej kultury w ogole! Zalosne, ze te ideologiczna szopke firmuje swoim nazwiskiem polski profesor Wlodzimierz Borodziej i to od strony niby "naukowej" ekspertyzy... Pranie mozgow trwa...
    • Gość
      17.10.2017 19:53
      Mam nadzieję, Panie Profesorze, że przy okazji zwiedzania tego łopatologicznego ideologicznego muzeum w Brukseli, wpisał Pan stosowny komentarz prawdziwego znawcy europejskiej historii w jego "Księgę Gości"? Może da on do myślenia jego twórcom, którzy niestety znowu pomylili historię z politpoprawnościa...
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół