• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Dajcie mi skrzydła

    Barbara Gruszka-Zych Barbara Gruszka-Zych

    |

    GN 28/2017

    dodane 13.07.2017 00:00

    – Nie mam wystarczająco dużo wyobraźni, żeby zobaczyć Boga, dlatego Go nie maluję – mówi Andrzej Strumiłło, malarz, rzeźbiarz, grafik, projektant, pisarz i poeta. – Nie wiem, jak jest zbudowane Jego oko. Czy obraz, jaki widzi, jest taki jak nasz?

    Wychodzimy ze stojącej obok domu imponującej galerii, w której znajduje się też pracownia artysty. Często odbywają się tu koncerty, recitale, wystawy poplenerowe zapraszanych przez niego gości. – Sztukę robi się dla siebie, ale i dla bliźnich – mówi. – Człowiek opowiada innym o sobie albo o siłach najwyższych, żeby się doskonalili, uszlachetniali. Kiedy artyści mówią, że im wszystko wolno, to wyraz ich anarchii i skrajnego subiektywizmu. W ten sposób odrzucają obowiązek wobec bliźniego, z którym trzeba się liczyć. W życiu najważniejsza jest przyjaźń z ludźmi, służenie im. Wzajemny kontakt z człowiekiem ze wsi, z Nowego Jorku czy z Wietnamu.

    Misterium

    Wchodzimy do drewnianego domu, w którym nawet szczeliny między deskami w podłodze są dziełem sztuki. – Kiedy go kupiłem, to był mały domek, sięgający do progu tego pokoju – oprowadza nas. – Przedłużyłem go, wyciągnąłem, przebudowałem piece. Według własnego projektu zbudowałem wozownie, stajnie, galerię sztuki i wszystko otoczyłem murami z kamieni. Każdy kamień ściągnięty z pól przeszedł przez moje ręce. Ten, leżący przy wejściu, waży 20 ton. Jak ma się ziemię, to trzeba ją uprawiać i szanować, dlatego sam posadziłem wszystkie drzewa. Dąb przy wejściu ma 33 lata, orzech też, tak samo kalifornijskie choiny. Jeszcze do niedawna w moim ogrodzie rosło 15 gatunków pomidorów. Bardzo chciałem mieć zwierzęta, ale nie trzodę chlewną, dlatego przed dwudziestu kilku laty zająłem się hodowlą koni arabskich z bardzo dobrych rodzin. Ich praprababcią była klacz, którą hrabia Dzieduszycki przywiózł w 1845 z Arabii. Zawsze z największą przyjemnością witałem narodziny każdego źrebięcia. Właśnie tydzień temu urodziło się młode – opowiada.

    Ziemia pod jego gospodarstwem została uznana za punkt archeologiczny. – Kiedy kopaliśmy fundamenty albo gdy robiłem grządki, znajdowałem a to grot, a to skorupy ceramiki, ślady obróbki krzemienia z okresu neolitu. Tam, gdzie widać wał z ustawionych przeze mnie kamieni, była osada Jaćwingów. Pierwsi polscy osadnicy przyszli na ten teren w XVI wieku i wytapiali rudę darniową. Wieś przez Jana Kazimierza dostała patent dla Macieja Milewskiego i stąd wzięła się jej nazwa – Maćkowa Ruda. Mieszkała w niej drobna szlachta podlaska, dlatego wszyscy moi sąsiedzi, choć o tym nie wiedzą, są herbowi – opowiada. Do naszej rozmowy dołącza córka Anna, jak wszyscy Strumiłłowie – artystka malarka. – Moja nieoceniona córka przez wiele lat mieszkała w Ameryce, ostatnio przyjeżdża tu na lato, a zimą wraca do Kalifornii – przedstawia ją. – Syn doszlusował do nas i dla niego wybudowałem drugi dom.

    W tym pięknym obejściu nie doświadczali tylko szczęśliwych chwil. – Moja żona dwadzieścia lat przed śmiercią przeżyła ciężką katastrofę – opowiada. – Jej auto wpadło pod pociąg – przeciągnął je 150 metrów. Wydostali ją z bagażnika dosłownie w częściach. Potem były operacje, szpitale, gorsety, rehabilitacja, ale już nie wróciła do pełnej sprawności. Przez ostatnie dwa lata prawie nie miałem z nią kontaktu. Trzeba było ją karmić, walczyć z odleżynami, dbać o czystość. Łączyły mnie z nią wielka przyjaźń i solidarność, dlatego, jak mogłem, starałem się, żeby jej ulżyć. Kiedy odeszła po kilku latach walki, poczułem pustkę. Z czasem wydawało mi się, że może potrafię ułożyć przyjaźń z innymi paniami, które pojawiały się w moim życiu. Próbowałem, ale się nie udało, bo historia się nie powtarza. Zrozumiałem, że wystarczy jedno wielkie, pełne uczucie, które wypełniało moje życie, dało nam potomstwo, pozwoliło nam spędzić razem najlepsze lata. Stale przyjmowałem gości, bo uczymy się od siebie wzajemnie. Każde miejsce ma ślad zostawiony przez ludzi. Zawsze mile witałem Czesława Miłosza. Siadywał na tym krześle pod palmami wileńskimi. Przy mnie powierzył dworek w Krasnogrudzie Krzysiowi Czyżewskiemu.

    Kiedy przywiózł mi swoje tłumaczenia Psalmów i Apokalipsy, natychmiast ruszyłem do malowania tych wielkich cyklów. Powstało 18 obrazów do Psalmów i 12 do Apokalipsy. Trudno mi powiedzieć: „Wierzę niezłomnie, ostatecznie”. Zawsze wtedy pojawia się moment wahania, niewiary, krytycyzmu.

    – Jak się Pan modli? – pytam.

    – W milczeniu, skupieniu, bo uważam, że żadne ludzkie słowo nie znajduje się w słowniku Boskim. Przecież Bóg nie jest Polakiem ani Niemcem. Nikt z nas nie wie, w jakim języku odbędzie się sąd ostateczny. Czy będziemy mieć tłumacza, czy nie. Modląc się, rozpatruję wielkie misterium życia. Zastanawiam się, komu służymy, dokąd zmierzamy, jaki jest sens naszej obecności, jak powinniśmy postępować. A tego nie da się ogarnąć słowami. •

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    • Anna Panna
      14.08.2017 01:35
      "Nie mam wystarczająco dużo wyobraźni, żeby zobaczyć Boga, dlatego Go nie maluję." Odkąd Bóg stał się człowiekiem, nie trzeba Go sobie już "wyobrażać". A sztuka sakralna przedstawiająca Boga-Człowieka kwitnie od prawie 2000 lat.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół