• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Ślepe uliczki Trzeciego Świata

    Jacek Dziedzina

    |

    GN 24/2017

    dodane 15.06.2017 00:00

    W tym roku tylko w czterech krajach aż 20 mln ludzi jest zagrożonych śmiercią głodową. Kolejny tragiczny rekord będzie okazją do kolejnego festiwalu retorycznych pytań – czy można było temu zapobiec i dlaczego znowu „się nie udało”.

    Znajdujemy się w krytycznym punkcie historii. To dopiero początek roku, a już musimy stawić czoła największemu kryzysowi humanitarnemu od powstania ONZ – mówił w styczniu tego roku Stephen O’Brien, koordynator ONZ ds. humanitarnych. Już wtedy było wiadomo, że tylko w Jemenie, Somalii, Sudanie Południowym i Nigerii ponad 20 mln ludzi grozi śmierć głodowa. Tym samym sytuacja jest tragiczniejsza niż w 2011 r., gdy szacunki mówiły o 13 mln osób zagrożonych. O’Brien dodał, że aby pomóc głodującym, do czerwca potrzeba 4,4 mld dolarów. I tak to mniej więcej wygląda od dziesięcioleci: alarmująca diagnoza i połowiczna recepta. Bo dyrektor O’Brien dobrze wie, że nawet 10 mld dolarów nie pomoże głodującym, jeśli nie zostaną zlikwidowane główne bariery, które doprowadziły te kraje daleko poza skraj nędzy.

    Wojny zabijają

    Trudno wskazać jeden czynnik, który winny jest temu, że mieszkańcy danego kraju popadają w aż tak drastyczne ubóstwo. W wielu państwach po odejściu kolonialistów rządy przejęły różne dyktatury wojskowe, sterujące niejednokrotnie wojnami plemiennymi. To doprowadziło do migracji i koczowniczego stylu życia milionów uchodźców. W Wielkiej Brytanii parę lat temu ukazał się raport o kosztach wojen afrykańskich. Wynika z nich, że są one równe udzielonej tym krajom pomocy! Dużo zniszczenia przynoszą także klęski żywiołowe, brak dostępu do wody itd. Przykład czterech krajów, które najbardziej ucierpią w tym roku, potwierdza, że te przyczyny mają zasadnicze znaczenie dla pogłębiającej się klęski głodu.

    Jemen od dwóch lat pogrążony jest w wojnie domowej pomiędzy rebeliantami z ugrupowania Huti a rządem, który wspiera międzynarodowa koalicja z Arabią Saudyjską na czele. Saudowie podpisali niedawno wiele kontraktów zbrojeniowych z USA, m.in. na zakup amerykańskiej broni. Część tego sprzętu trafi właśnie do Jemenu, co pogłębi trwający tam konflikt. Z powodu toczących się walk 19 mln ludzi, czyli dwie trzecie populacji Jemenu, potrzebuje stałej pomocy humanitarnej. Równie tragiczna sytuacja panuje w Sudanie Południowym, państwie, które powstało 6 lat temu w wyniku podziału Sudanu na część północną i południową. Podział miał zakończyć trwający od lat konflikt między muzułmańską północą a chrześcijańskim południem. Tymczasem wojna na południu wcale się nie skończyła. Dziś śmierć głodowa grozi 100 tys. mieszkających tu ludzi. ONZ szacuje, że blisko 5 mln mieszkańców (ok. 40 proc. populacji) Sudanu Południowego pilnie potrzebuje jedzenia, pomocy w rolnictwie i odżywianiu. Trwająca od czterech lat wojna skutecznie hamuje rozwój tego kraju i możliwość niesienia pomocy. Komórki ONZ twierdzą również, że tamtejszy rząd blokuje pomoc humanitarną w niektórych częściach kraju. Klęska głodu dotyka również Nigerię, a dokładnie jej północno-wschodnią część. To na tych terenach działa organizacja terrorystyczna Boko Haram. Islamiści zdążyli już zabić 15 tys. ludzi, a ponad 2 mln zmusić do opuszczenia swoich domów. Bestialskie metody dżihadystów z Boko Haram i brak ochrony ze strony państwa sprawiły, że pomoc humanitarna niemal nie dociera do zagrożonych śmiercią głodową. W Somalii natomiast klęska głodu trwa właściwie, z różnymi nasileniami, od sześciu lat. Somalia, poza wojnami i działalnością islamistów, ma największe z całej czwórki problemy z dostępem do wody. Zniszczenie upraw i śmierć bydła sprawiają, że w tym roku około 6 mln Somalijczyków może umrzeć z głodu.

    Prawdy i półprawdy

    Tragizm sytuacji polega nie tylko na tym, że podane liczby są porażające, ale także na tym, że w pewnym sensie przyzwyczailiśmy się do nich, uznając niejako, że taka widocznie „uroda” tych krajów. W 2012 r. organizacja Oxfam opublikowała raport „Dangerous Delay”. W konkluzji tego dokumentu znalazły się zdania: „Świat posiada dziś środki, które umożliwiają radzenie sobie z brakiem żywności. Mimo to w 2011 r. problem głodu osiągnął ogromne wymiary, jakich nie było jeszcze w tym stuleciu. Dotknął on ponad 13 mln ludzi, większość z nich to kobiety i dzieci. Największym nieszczęściem jest to, że świat wiedział, że nadchodzi nieszczęście, jednak nie zapobiegł mu”. I dalej: „Wielu darczyńców przed udzieleniem pomocy chce najpierw zobaczyć na własne oczy katastrofę, by pomóc. A powinno się działać inaczej: z wyprzedzeniem, i w ten sposób zapobiegać nieszczęściom. To zadziwiająca, niedopuszczalna sytuacja. Doszło do tego, że świat doskonale zdaje sobie sprawę z zagrożenia, jednak nie podejmuje działań, dopóki w mediach nie pojawią się tragiczne zdjęcia czy filmy, przedstawiające przerażająco wygłodzone, chore dzieci”.

    Jest w tym dużo prawdy, ale i trochę półprawd. Nie jest tak, że świat zupełnie nic nie robi. Nawet jeśli nie z inicjatywy rządów, to z inicjatywy wielu organizacji humanitarnych powstają bardziej lub mniej realistyczne programy pomocowe. Na miejscu, w miarę możliwości, działają wolontariusze i całe zastępy wyspecjalizowanych ekip. Półprawdą jest mówienie, że świat nic nie robi, bo często powodem braku możliwości działania są właśnie trwające konflikty i przeżarte korupcją rządy. Półprawda ma również swoje drugie dno: niektóre z konfliktów (jak ten w Jemenie) są sterowane przez kraje trzecie, które są współodpowiedzialne za pogłębiającą się nędzę i śmierć głodową tamtejszych mieszkańców. Jemen jest polem ścierania się interesów zarówno mocarstw regionalnych (Arabii Saudyjskiej i Iranu), jak i światowych. To oznacza trochę zamknięty krąg, bo niesienie pomocy z krajów ościennych lub zachodnich jest uniemożliwione przez państwa pośrednio lub bezpośrednio zaangażowane w wojny domowe w krajach Trzeciego Świata.

    Dotacje nie działają?

    Problem jest szerszy niż toczące się w tych państwach wojny. Prawdą bowiem jest, że nie tylko kraje dotknięte klęską głodu, ale w ogóle biedniejsze nie uczestniczą w sukcesie bogatej Północy czy Zachodu z powodu blokady handlowej narzuconej przez tych drugich. Autorzy cytowanego wyżej raportu mają więc rację, gdy mówią, że świat, choć zdaje sobie sprawę z zagrożeń, nie podejmuje odpowiednich działań. Kraje, w których susza czy inne klęski żywiołowe bądź wojny nie są tak dotkliwe jak w Jemenie, Somalii, Nigerii czy Sudanie Południowym i w których możliwe są zbiory zboża czy kawy, znajdują się na straconej pozycji właśnie z powodu blokad handlowych. Według analiz Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP) kraje Trzeciego Świata tracą na nich rocznie ok. 70 mld dolarów. W tym samym czasie pomoc rozwojowa wynosi 104 mld dolarów. Wystarczyłoby zatem pozwolić tym krajom zarabiać na swojej pracy, a dotacje ograniczyć do 30 mld.

    Pomoc doraźna nie musi być, wbrew twierdzeniom niektórych ekonomistów, wyrzucaniem pieniędzy w błoto. Naiwne jest myślenie, że tylko danie symbolicznej wędki ubogim i otwarcie rynków na ich produkty jest wystarczającą receptą na ubóstwo. Potrzebna jest również doraźna pomoc finansowa, stworzenie projektów i funduszy na budowę sieci dróg, budownictwo, edukację itd. Nie można tylko dopuścić, żeby pieniądze trafiały do lokalnych kacyków, którzy najczęściej na biedę nie narzekają. Nie można także zbyt łatwo udzielać kredytów państwom, w których rządzą dyktatorzy. W ten sposób wykończono gospodarkę wielu krajów – z pożyczek skorzystali aparatczycy reżimu, ale dług z odsetkami spłaca całe teraz społeczeństwo.

    Nierówna walka

    Najbardziej wstydliwą i niewygodną prawdą jest współudział naszej części świata nie tylko w zaniedbaniach w likwidowaniu skutków ubóstwa i głodu, ale również w tworzeniu do tego warunków. Gdy Martín Caparrós, argentyński pisarz i dziennikarz, wydał głośną książkę pt. „Głód”, dostał po głowie przede wszystkim za to zdanie: „Główną przyczyną głodu na świecie jest bogactwo: fakt, że nieliczni zagarniają dla siebie to, czego potrzebuje wielu, w tym żywność”. Zdaniem Caparrósa źródłem obecnych kłopotów krajów Trzeciego Świata są Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Te budzące słuszne kontrowersje organizacje w latach 80. XX w. zmusiły kraje afrykańskie (szantażując je wycofaniem się z redukcji długów), by zmniejszyły ingerencję państwa m.in. w rolnictwo. Chodziło o dotacje, regulowanie cen czy nawet pilnowanie rezerw… na wypadek głodu. W tym samym czasie rolnictwo w krajach zachodnich (głównie w integrującej się Europie) było dotowane na potęgę, co powodowało nierówną konkurencję. Efekt był taki, że bogate kraje swobodnie dotowały swoje rolnictwo, podczas gdy kraje biedne, szantażowane przez BŚ i MFW, musiały ze swoich subwencji zrezygnować. Jeśli dodać do tego wspomnianą blokadę handlową, zubożenie było niemal gwarantowane. Tańsze produkty z krajów bogatych zaczęto importować do krajów biednych, wypierając z rynku towary lokalne. „Kraje straciły nadzieję na produkowanie własnej żywności i uniezależnienie się od cen, kaprysów i nakazów »rynku«” – pisze Caparrós.

    Kiedy w tym roku kolejny raz usłyszymy światowych przywódców zatroskanych losem głodujących w Afryce, warto będzie postawić im pytanie, czy sytych naprawdę nie stać na zniesienie tych barier, które w równej mierze co lokalne wojny i skorumpowane rządy doprowadziły wiele krajów na skraj nędzy.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    Reklama

    • MichałObrębski
      18.07.2017 12:04
      Odwieczne problemy Trzeciego Świata generują nie "światowi przywódcy" czy "syci", ale głównie sam Trzeci Świat.
      Trzeba to wyraźnie i głośno powiedzieć.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół