• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Cacka znad Świdra

    Szymon Babuchowski

    |

    GN 45/2016

    dodane 03.11.2016 00:00

    „Są to cacka, jakich Warszawa jeszcze nie widziała w tej ilości i rozmaitości” – pisał o stylu nadświdrzańskim Bolesław Prus. Takich domów zostało w okolicach Otwocka jeszcze kilkaset, ale znikają w zastraszającym tempie.

    Przedzieramy się przez las, mijając wiekowe okazy sosen. Zarośnięta krzewami droga wydaje się prowadzić donikąd, ale już po chwili spomiędzy gałęzi wyłania się drewniany dom, liczący grubo ponad sto lat. Precyzyjnie rzeźbione ażurowe detale i charakterystyczny ganek wskazują, że mamy do czynienia ze stylem nadświdrzańskim, przez niektórych nazywanym „świdermajerem”. To potoczna nazwa drewnianej architektury letniskowej, powstającej głównie na przełomie XIX i XX wieku w okolicach Otwocka – wzdłuż linii kolejowej od Wawra po Śródborów. Zostało tych domów jeszcze kilkaset, ale znikają w zastraszającym tempie. Jedne, pozbawione opieki, niszczy po prostu upływający czas, ale wiele innych celowo podpalono, żeby pozyskać grunt pod zabudowę. Działki w tych okolicach są bardzo drogie i stanowią łakomy kąsek dla deweloperów.

    Dla miłujących spokój

    Za twórcę stylu nadświdrzańskiego uważa się Michała Andriollego – wybitnego rysownika, ilustratora m.in. „Pana Tadeusza”, który w 1880 r. wykupił za 18 tys. rubli ponad 200 hektarów po obu stronach poskręcanej rzeki Świder. To on jako pierwszy wybudował w tych okolicach drewniane domy letniskowe według własnego projektu, o poetyckich nazwach: Cacko, Gościnny, Ogrodnik, Sosnowy, Wenecja, Wygodny Rzeczywiście były wygodne, dziś powiedzielibyśmy także: ekologiczne, bo przecież mieszkanie w drewnianych domach uważa się za bardzo zdrowe. Ich konstrukcja pozwalała na zalecane przez ówczesnych lekarzy „werandowanie”, sam artysta stworzył zaś dla siebie całkiem spory dworek z przeszkloną pracownią na parterze. „Mam to, czegom pragnął, do czegom wzdychał; naturę i ciszę. W najpiękniejszym punkcie zbuduję sobie wygodny domek, a w miarę środków będę budował wille dla letników, ale dla letników miłujących spokój i pragnących rzeczywiście zapomnieć podczas lata o wielkim mieście i jego okropnościach” – zapowiadał ilustrator.

    Jego wizja miała wkrótce się spełnić. Wraz z rozwojem Nadwiślańskiej Drogi Kolejowej gości zaczynało przybywać, a styl osiągał coraz większą popularność. Suchy klimat i aromat sosen rosnących na wydmach sprzyjał leczeniu chorób układu oddechowego. Okolice Otwocka przyciągały elity, a tutejszą architekturą zachwycali się Prus, Reymont, Tuwim czy Korczak. „Są to cacka, jakich Warszawa jeszcze nie widziała w tej ilości i rozmaitości. Każdy z nich bawi oko piękną formą, sztukaterią, rzeźbieniami, tapicerskimi ozdobami albo żywą barwą” – notował Bolesław Prus. W tym kontekście paradoks stanowi fakt, że na określenie tego piękna przyjęła się nazwa ironiczna. Sformułowanie „świdermajer”, wymyślone przez Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, nawiązywało bowiem do XIX-wiecznego stylu biedermeier, kojarzonego z mieszczanami o nieco ograniczonych horyzontach. „Te wille, jak wójt podaje,/ są w stylu »świdermajer«” – pisał poeta w wierszu „Wycieczka do Świdra”.

    Niszczejące piękno

    Skąd Andriolli czerpał wzory? Jedni twierdzą, że ze szwajcarskich schronisk alpejskich, inni – że z Niemiec, ale tropów jest znacznie więcej, bo podobne domy można spotkać nawet w Szwecji. Z całą pewnością student uczelni w Moskwie i Petersburgu, a później powstaniec styczniowy, skazany na zesłanie, inspirował się też rosyjskimi daczami. Jednak przede wszystkim było to jego autorskie dzieło. Własnoręcznie projektował, a potem rzeźbił kolejne detale, o czym świadczy następująca relacja, zacytowana w opracowaniu prof. Janiny Wiercińskiej „Andriolli – świadek swoich czasów. Listy i wspomnienia”: „Zajrzałem tam do niego – wspominał Pług – gdy dopiero klecił pierwszy swój domek, a klecił nie w przenośnym, lecz w najściślejszym rozumieniu tego wyrazu, bo choć miał las, nie miał z tego lasu budulca – ledwie mógł z niego czerpać krokwie i łaty. Trochę więc materiału budowlanego ściągnął ze Stasiowa, trochę dokupił, aby mu wystarczyło na słupy, na belki i futryny do drzwi i okien, a mając już wiązanie domu, zewnątrz i wewnątrz obijał to łatami, próżnię zaś między nimi wypełniał gliną, pomieszaną z wiórami i posiekanymi drobno gałęźmi. ( ) Za drugiej mej bytności tegoż lata zastałem już pierwszy domek skończony, gustownie wewnątrz urządzony, a gospodarza zajętego przed nim rysowaniem węglem na wielkich deskach ornamentów, które miały być wypiłowane i służyć za ozdobę grzebienia dachu oraz ganku”.

    Trochę smutno, że dziedzictwo Andriollego tak bardzo dziś niszczeje. Oczywiście nie wszędzie – podczas spaceru ulicą Kościelną, jednym z najbardziej reprezentacyjnych traktów Otwocka, dostrzegamy zarówno domy odrestaurowane z pasją, jak i totalnie opuszczone, sypiące się piękno. Tak jakby właściciel tylko czekał, aż dom się rozpadnie, by mógł sprzedać działkę deweloperowi. A ten zapewne postawi tu swoje klocki, kompletnie niepasujące do reszty zabudowy, tak jak to się stało w wielu innych miejscach.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół