• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Pięknisie nadchodzą?

    Tomasz Rożek

    |

    GN 25/2016

    dodane 16.06.2016 00:00

    Niektórzy w tym eksperymencie widzą zapowiedź przyszłości ludzkiego gatunku. Inni temat bagatelizują. Ale może warto nad wynikami jednego z najważniejszych eksperymentów społecznych na chwilkę się zastanowić?

    John B. Calhoun był amerykańskim etologiem, czyli zajmował się badaniem zachowań zwierząt. Obserwował głównie gryzonie i dzięki bardzo pomysłowym eksperymentom odkrył, że ich instynkt i przyzwyczajenia mogą ulegać bardzo dużym zmianom pod wpływem czynników zewnętrznych, takich jak np. dostęp do pożywienia czy gęstość występowania.

    Szybki wzrost

    Od 1966 r. do wczesnych lat 70. Calhoun prowadził prosty w zamyśle, ale wiele mówiący o zachowaniach społecznych eksperyment. W izolowanym środowisku zamknął 8 myszy (cztery pary) i zapewnił im perfekcyjne warunki do funkcjonowania. Gryzonie nie musiały martwić się o jedzenie ani o picie. Miały pod dostatkiem materiału do budowania gniazd, optymalną temperaturę oraz wszystko, co jest potrzebne myszom do wygodnego życia. Zadbano nawet o to, by nie groziło im żadne niebezpieczeństwo. Gryzonie były odizolowane od wszystkich naturalnych wrogów, z drapieżnikami włącznie. Nie dziwiło więc nikogo, że populacja myszy zaczęła szybko rosnąć. Średnio co 55 dni podwajała się. Ale tylko do pewnego momentu. W każdym środowisku o ograniczonej przestrzeni rozwój populacji musi zwolnić, a nawet zatrzymać się. Nowe osobniki nie mają miejsca do rozwoju i umierają. W środowisku naturalnym ważny jest także dostęp do żywności i wody. W ten sposób ustala się pewna równowaga. W przypadku myszy zamkniętych przez Calhouna na wykresie wzrostu populacji rzeczywiście zauważalne jest plateau. Rodzi się mniej więcej tyle gryzoni, ile umiera starych.

    Koniec eksperymentu? Nie! Gdy populacja myszy przestała rosnąć, badacz zauważył intrygujące zmiany w zachowaniu zwierząt. Po pierwsze, myszy rodziły coraz mniej liczne potomstwo. Po drugie, potomstwo było coraz częściej przez matki odrzucane. Młode myszy nie były jeszcze odpowiednio ukształtowane, a już musiały same o siebie zadbać. Zauważono także, że szybko zaczął wzrastać poziom agresji. Coraz więcej było osobników, które w ogóle nie były zainteresowane prokreacją. Badacze dostrzegli także wzrost zachowań homoseksualnych.

    To wszystko można by zrzucić na barki naturalnych procesów regulacji liczebności populacji. Skoro dostępność do pożywienia i miejsca jest utrudniona, włączają się mechanizmy, które powodują, że populacja nie zwiększa swojej liczebności. Tyle tylko, że kilkanaście dni później okazało się, że intuicja wyprowadziła badaczy na manowce.

    Piękne, zdrowe i głupie

    Bo oto okazało się, że destrukcyjne mechanizmy nie przestały działać nawet wtedy, gdy liczebność populacji zaczęła dość raptownie spadać. Nie zatrzymały się nawet, gdy liczba myszy spadła do poziomu, w którym kilka tygodni wcześniej funkcjonowały one w swoim odizolowanym świecie bez jakichkolwiek problemów. Mimo spadku liczebności izolowanej populacji matki dalej rodziły coraz mniej młodych, a te, które się pojawiały, były częściej odrzucane. Zauważono też, że samice coraz mniej dbały o swe gniazda i potomstwo. Coraz większa grupa osobników – mimo że miała pod dostatkiem pożywienia i nie zagrażały im żadne niebezpieczeństwa – nie była zainteresowana rozmnażaniem, a coraz rzadsze przypadki urodzenia młodych myszy zwykle kończyły się ich śmiercią. Z dokładnych notatek Calhouna wynika, że ostatnie poczęcie miało miejsce w 920. dniu od rozpoczęcia obserwacji. Potem, mimo że liczebność grupy była już mała, nie urodziła się ani jedna mysz. Znacznie wcześniej badacze zauważyli pojawienie się nowej grupy samców. Calhoun nazwał ich „pięknisiami”. Myszy pięknisie były dobrze odżywione, zdrowe i zainteresowane tylko sobą. Nie były zaciekawione światem zewnętrznym, całymi dniami nie robiły nic poza jedzeniem, piciem, spaniem i pielęgnowaniem siebie. Przy okazji były bardzo głupie.

    Gdy populacja utraciła zdolność reprodukcji, gdy przestały się rodzić małe myszy, agresja w stadzie zaczęła spadać. Myszy zupełnie straciły zainteresowanie sobą. Zachowywały się tak, jak gdyby siebie nie widziały, jakby zapomniały o swoich instynktach i zachowaniach społecznych. Stare osobniki umierały, nowe się nie pojawiały. Każdy żył tylko dla siebie. W końcu populacja całkowicie wymarła. Nie z powodu chorób czy niedoboru pożywienia i picia. Przeciwnie. Myszy wymarły, bo nie musiały o nic zabiegać. Choć brzmi to jak żart, wymarły, bo miały wszystkiego pod dostatkiem.

    Eksperyment Johna Calhouna trwał cztery lata i był wielokrotnie powtarzany. Nie tylko na myszach, ale także na innych gryzoniach. Jego finał był zawsze ten sam. Gdy zapewnimy optymalne warunki, każda populacja najpierw dąży do rozwoju, a potem wymiera. I wcale do tego nie trzeba drapieżników, śmiercionośnej bakterii czy wirusa albo głodu. Tak to działa u gryzoni.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    • Kamila
      16.07.2016 11:00
      Ciekawe... :)
    • Marcin
      16.07.2016 12:32
      Gdyby zamknac ludzi w klatce i po kilku pokoleniach wszyscy beda rodzenstwem to tez sie przestana rozmnarzac.
    • Nikol
      16.07.2016 15:38
      "Gdyby zamknac ludzi w klatce i po kilku pokoleniach wszyscy beda rodzenstwem to tez sie przestana rozmnarzac."

      Kojarzenie krewniacze nie oznacza automatycznie zagłady populacji, zaś sprawny zootechnik z 4 par myszy jest w stanie założyć kolonię. Wszakże metodami chowu wsobnego wytworzono wiele nowych ras psów, kotów, czy krów.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół