• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Zieloni i brunatni

    Maciej Legutko

    |

    GN 23/2016

    dodane 02.06.2016 00:00

    Wydawało się, że wybory wygra kandydat prawicowej Wolnościowej Partii Austrii (FPÖ) Norbert Hofer. Mobilizacja pozostałych partii przyniosła jednak minimalną wygraną Alexandrowi Van der Bellenowi.

    Najważniejszym skutkiem wyborów prezydenckich w Austrii jest spektakularna klęska Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPÖ) oraz Austriackiej Partii Ludowej (ÖVP), które od 1945 r. zdominowały scenę polityczną nad Dunajem. Ich kandydaci polegli z kretesem w pierwszej turze, łącznie zdobywając zaledwie 22 proc. głosów. Tym samym Austriacy dołączają do szybko powiększającego się grona państw UE, które pokazały czerwoną kartkę dotychczas dominującym ugrupowaniom, a co za tym idzie – również polityce Brukseli.

    Zielony arystokrata

    Van der Bellen od kilku lat jest partyjnym outsiderem, ale to wciąż dobrze rozpoznawalna postać na austriackiej scenie politycznej. Nowy prezydent pochodzi z rodziny o bogatych arystokratycznych korzeniach. Jego przodkowie w XVIII w. wyemigrowali z Niderlandów do Rosji. Po rewolucji październikowej dziadkowie van der Bellena przenieśli się do Estonii. Gdy w 1940 r. ZSRR anektował nadbałtycką republikę, rodzina uciekła do Wiednia, gdzie w 1944 r. przyszedł na świat Alexander. Rok później Van der Bellenowie jeszcze raz musieli uciekać przed Armią Czerwoną, tym razem do Tyrolu.

    Początki politycznej kariery prezydenta elekta związane były z socjaldemokracją, później dołączył do Zielonych. W 1997 r. stanął na czele tego ugrupowania (co ciekawe, mimo przewodniczenia partii ekologicznej od wczesnej młodości jest nałogowym palaczem). 9 lat później doprowadził je do najlepszego wyborczego wyniku w historii: 11 procent. W 2008 r. Van Der Bellen ustąpił ze stanowiska przewodniczącego. Po odejściu z parlamentu działał we władzach samorządowych Wiednia.

    Mniejsze zło

    Od pierwszych chwil po ogłoszeniu zwycięstwa nowy prezydent podkreśla, że za najważniejsze zadanie uznaje zasypanie podziałów między Austriakami. Czeka go bardzo trudna misja. Po pierwsze ze względu na bezkompromisowe stanowisko wobec napływu uchodźców. Był to główny temat kampanii, który oczywiście nadal dzieli kraj i wzbudza emocje. Tymczasem Van der Bellen, powołując się na swoją „uchodźczą” przeszłość, postuluje pełną integrację wszystkich 90 tys. uchodźców przebywających w Austrii oraz dalsze trzymanie się polityki „otwartych drzwi”. Po drugie ze względu na wyraźnie zarysowany podział Austriaków głosujących w drugiej turze. Van der Bellen wygrał dzięki poparciu rzędu 80 proc. wśród mieszkańców dużych miast i osób z wyższym wykształceniem. Sceptyków skutecznie przekonał przed drugą turą, że jest „mniejszym złem” niż kandydat FPO. Bez skrupułów prosił o głosy „tych, którzy mnie nie lubią, ale pewnie Hofera nie lubią jeszcze bardziej”. Z drugiej strony, słabo wykształceni wyborcy i mieszkańcy wsi równie masowo głosowali na Hofera. Van der Bellenowi zarzucali oderwanie od realnych problemów kraju.

    Mroczna przeszłość

    Zwycięstwo Van Der Bellena z satysfakcją przyjęto w Brukseli. Ale czy rzeczywiście Zachód ma się z czego cieszyć? W austriackim systemie rządów rola prezydenta jest głównie reprezentacyjna, a władza koncentruje się w rękach kanclerza. Tymczasem dziś to właśnie Wolnościowa Partia Austrii jest liderem sondaży. Głębokim cieniem na jej wizerunku kładą się pierwsze lata istnienia. Partia powstała w 1955 r. jako kontynuatorka założonego tuż po II wojnie Związku Niezależnych. Zrzeszał on wielu polityków splamionych działalnością w NSDAP i postulował jak najszybsze zakończenie denazyfikacji w Austrii.

    FPÖ znalazło trwałe miejsce na naddunajskiej scenie politycznej, ale zazwyczaj wprowadzało do parlamentu najwyżej kilkunastu posłów. Wzrost znaczenia ugrupowania rozpoczął się od końca lat 80. Wiązał się ze sprzeciwem Austriaków wobec narastającego napływu gastarbeiterów oraz z objęciem przywództwa przez równie utalentowanego, co kontrowersyjnego polityka – Jorga Haidera. Pochodzący z rodziny działaczy NSDAP, nigdy nie odciął się od mrocznej przeszłości. Co więcej, od czasu do czasu prowokował tezami o „właściwej polityce zatrudnienia” prowadzonej przez Hitlera, określaniem weteranów SS „ludźmi wiernymi swoim przekonaniom”, czy też porównywaniem powojennych deportacji Niemców do wywózek Żydów. Mimo tych kontrowersji Haider w 1999 r. doprowadził FPÖ do historycznego osiągnięcia: partia zdobyła drugie miejsce w wyborach (27 proc. głosów) i weszła do rządu. Nagły sukces przerósł ugrupowanie, antysystemowi wyborcy odwrócili się od niego, a w końcu sam Haider doprowadził do rozłamu, tworząc nowe ugrupowanie.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół