• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Prawo o apostazji

    Miłosz Kluba

    |

    GN 08/2016

    dodane 18.02.2016 00:15

    Tylko Kościół może określać, kto jest jego członkiem, a kto nie. Tak uznał Naczelny Sąd Administracyjny.

    Chodzi o sytuację, w której osoby chcące wystąpić z Kościoła katolickiego próbowały zrobić to nie w formie przewidzianej przez odpowiednią instrukcję episkopatu, a jedynie wysyłając pismo do proboszcza. 9 lutego NSA zdecydował w sześciu takich sprawach, uznając, że ingerencja organów państwowych (w tym przypadku Głównego Inspektora Ochrony Danych Osobowych – GIODO) w wewnętrzne sprawy Kościoła byłaby naruszeniem jego autonomii zagwarantowanej konkordatem.

    Oświadczenie zamiast rozmowy

    Toczący się między instytucjami kościelnymi i państwowymi spór o apostazję przeszedł już kilka faz. Początek zwykle był podobny: ignorowanie „Zasad postępowania w sprawie formalnego aktu wystąpienia z Kościoła”, które Konferencja Episkopatu Polski przyjęła w 2008 roku. Zgodnie z tą procedurą osoba chcąca dokonać apostazji musi nie tylko złożyć odpowiednie oświadczenie, ale też spotkać się z proboszczem oraz potwierdzić swój zamiar w obecności dwóch świadków. Nie wszyscy jednak chcą tę drogę przechodzić. Najczęściej wysyłali do proboszcza pismo z żądaniem wykreślenia swego nazwiska z księgi chrztów. Kiedy proboszcz odmawiał, sprawa trafiała do Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych.

    Zmienna linia orzekania

    Chcący wystąpić z Kościoła składali skargę, argumentując, że znajdujące się w księgach parafialnych dane osobowe, według których są oni katolikami, są nieaktualne. Domagali się wydania decyzji, nakazującej proboszczowi dokonanie odpowiedniego wpisu o wystąpieniu z Kościoła. Jeszcze parę lat temu GIODO zwykle odmawiał – aż do wydania przez NSA orzeczenia, według którego Generalny Inspektor może i powinien interweniować także w sprawach dotyczących ksiąg parafialnych. GIODO zaczął wydawać decyzje, a do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego zaczęli się odwoływać… proboszczowie. Po etapie uchylania ich skarg kolejna zmiana nadeszła, kiedy WSA uznał, że GIODO jednak nie ma takich kompetencji. Taką decyzję – dotyczącą sześciu przypadków z całej Polski – potwierdził 9 lutego Naczelny Sąd Administracyjny. W sądzie w imieniu GIODO Michał Bałdyga przekonywał, że oświadczenie woli jest skutecznym aktem apostazji. Argumentował, że ponieważ wpisy w księdze, o które toczył się spór, dotyczyły osób będących – zdaniem Generalnego Inspektora – już poza Kościołem, należy do nich stosować zwykłe przepisy. Zdania tego nie podzielił jednak Naczelny Sąd Administracyjny. – Mamy do czynienia z konstytucyjnym prawem do wyznania, GIODO nie może oceniać, jakie jest nasze wyznanie – uzasadniała wyrok sędzia Jolanta Rudnicka.

    – Z drugiej strony Kościół ma zagwarantowane prawa w Konstytucji RP i konkordacie ze Stolicą Apostolską. Z tych regulacji wynika rozdział Kościoła od państwa – dodała sędzia Rudnicka. Jak wyjaśnia dr Paweł Litwiński, adwokat reprezentujący parafie archidiecezji krakowskiej w sporze z GIODO (jedna ze spraw zakończyła się 9 lutego, pięć kolejnych jest w toku), ostatnia zmiana orzecznictwa wynika m.in. z tego, że sąd skupił się na autonomii Kościoła zagwarantowanej konkordatem. Jako umowa międzynarodowa, zgodnie z konstytucją, stoi on ponad ustawami krajowymi, a taką rangę mają kodeks cywilny i przepisy o ochronie danych osobowych. Zgodnie z art. 5 konkordatu państwo zapewnia Kościołowi m.in. „swobodne i publiczne pełnienie jego misji, łącznie w wykonywaniem jurysdykcji oraz zarządzaniem i administrowaniem jego sprawami na podstawie prawa kanonicznego”. – Czymże jest ta jurysdykcja, jeśli nie orzekaniem, kto jest, a kto nie jest członkiem Kościoła – retorycznie pyta dr Litwiński.

    Sprawa najwyższej wagi

    Problem dotyczy nie tyle samego wystąpienia z Kościoła, ile formy, w jakiej ma się ono odbywać, oraz tego, czy państwowa instytucja może nakazać zmianę treści księgi parafialnej na podstawie tylko prawa cywilnego lub administracyjnego. Chcący formalnie opuścić wspólnotę wierzących przekonują, że kościelna procedura jest uciążliwa. – To wszystko nie jest po to, żeby komuś utrudnić życie. Chodzi tylko o to, by dać księdzu szansę, być może ostatnią, na dotarcie do serca i sumienia tej osoby – przekonuje ks. prof. Piotr Majer, kanclerz krakowskiej kurii i wykładowca Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie. Dodaje, że zna przypadek, w którym dzięki rozmowie z proboszczem do apostazji ostatecznie nie doszło.

    Takie spotkanie to przede wszystkim okazja, by sprawdzić, czy zamiar wystąpienia z Kościoła nie jest chwilowym buntem czy efektem urazy do konkretnego księdza oraz czy osoba występująca ma świadomość konsekwencji. Apostata popełnia bowiem grzech i podlega ekskomunice. Właśnie ze względu na wagę całej sprawy Kościół musi mieć możliwość nie tylko przygotowania odpowiedniej procedury, ale także stwierdzenia, czy jej warunki zostały spełnione i czy należy ją odnotować w księgach. – To jest przecież coś więcej niż rezygnacja z otrzymywania przesyłek reklamowych – tłumaczy dr Paweł Litwiński. – Dla wierzących, a więc dla Kościoła, jest to sprawa życia i śmierci, rzecz najwyższej wagi – zaznacza.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    • Sławomira
      18.06.2016 12:03
      ,,Co gdyby ktoś zapragnął wstąpić np. do gminy wyznaniowej żydowskiej, nie mając pochodzenia żydowskiego, lub do Muzułmańskiego Związku Religijnego w RP bez przyjęcia islamu?"
      A teraz ważne pytanie: czy jakikolwiek występujący z kościoła kiedykolwiek pragnął się go niego zapisać?
      Główny argument w tym artykule to: dla katolików to sprawa życia i śmierci, do tego grzech, więc nie wolno zezwalać ludziom na decyzję w tej sprawie. Takie durne zadufanie w sobie, pogląd: my tak sądzimy, więc inni muszą się z nami zgadzać, czy tego chcą czy nie.

      I nie, sytuacja, gdy prawo ma wpływ na wystąpienie z czegoś nie jest absurdalna.
      Kościół uniemożliwia wystąpienie - to czyni go instytucją przymusową, którą trzeba zwalczać. Dlaczego? Wyobraźmy sobie pracodawcę, który sam ustala zasady zwalniania się z pracy. Jeśli ustawi je takie jak kościół, nigdy nie straci pracownika, czyli w zasadzie będzie to niewolnictwo. Dlatego sprawy zwalniania się pracowników są prawne.
      Zaś wstąpienie do związku to inna sprawa, gdyż wstępuje się do związku wyznaniowego po to, by jego prawa przestrzegać, więc w sumie można to robić od początku.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół