• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Zabiłam. Bóg mi wybaczył

    Joanna Bątkiewicz-Brożek

    |

    GN 49/2015

    dodane 13.01.2016 08:24

    Z Weroniką K., skazaną za morderstwo, o tym, że Bóg jest miłosierny rozmawia Joanna Bątkiewicz-Brożek

    Joanna Bątkiewicz-Brożek: Policja przez pięć lat nie trafiła na ślady głośnego morderstwa Andrzeja G. 

    Weronika K.: Spaliliśmy rzeczy ofiary, porąbałam łóżko, na którym go zabiliśmy. Zwłoki, w częściach, zatopiliśmy.

    Był krok od umorzenia śledztwa i ogłoszenia zaginięcia waszej ofiary, ale do Pani drzwi zapukał człowiek.

    To był komisarz z Archiwum X. Nie miał dowodów. Był pewien swojej wersji wydarzeń. Spojrzał mi w oczy i powiedział: „Wiem, że Andrzej G. był ofiarą, ale pani też nią była. Prawda panią wyzwoli”. Po raz pierwszy ktoś zastanowił się nade mną. Uwierzyłam mu. I tak się zaczęło.

    Początek drogi Pani odkupienia?

    Wychodzenia z upadku. W areszcie, na procesie, w więzieniu, na każdym etapie pojawiał się człowiek, który mi pomagał. Bezinteresownie. Od policji po wychowawców i samą adwokat. To były dary Boże.

    Bóg wyciągał Panią z piekła.

    Postawił mnie przed wyborem: albo przyjmuję rękę ludzi, którzy stanęli na mojej drodze, i z tego wychodzę – choć wiązało się to z przejściem przez czyściec, albo żyję, jak żyłam.

    A jak Pani żyła?

    Po zbrodni – na ciągłym rauszu. Przez pięć lat jak w piekle. Dziergałam obrusy i haftowałam niezliczone ilości kwiatów. Całymi dniami. Obok stał kieliszek. Bałam się wychodzić do ludzi, ale i być sama. Puszczałam z taśmy wideo w kółko te same seriale: „Alternatywy 4” i „Karierę Nikodema Dyzmy”. Innych dźwięków nie tolerowałam.

    Zagłuszała Pani sumienie?

    Jak planowałyśmy ze wspólniczkami zbrodnię, wszystko perfekcyjnie zadziałało. Z wyjątkiem jednego: nie przewidziałam, że odezwie się sumienie.

    Kiedy się odezwało?

    W nocy po zabójstwie miałam już koszmary: we śnie widziałam konkubina we krwi. Budziłam się spocona. Dostałam od psychologa, któremu i tak nie mogłam powiedzieć prawdy, leki. Próbowałam się nimi otruć. Nigdy nie przedawkowałam, bo zaczęłam bać się piekła.

    A kiedy planowałyście zbrodnię, nie bała się Pani?

    Nie wierzyłam w jego istnienie. Ale nigdy też nie wątpiłam w istnienie Boga. Pierwszy raz przeczytałam Biblię, od deski do deski, jak byłam w czwartej klasie podstawówki. Filozofią się pasjonowałam, rozprawy św. Tomasza o aniołach czytałam w oryginale. Pracę magisterską pisałam o Soborze Watykańskim I oraz dogmacie o nieomylności papieża. Interesowałam się religiami z przekonaniem, że wierzymy w jednego Boga. Gdy kamikaze rozbili się o WTC w Nowym Jorku, pomyślałam: ale się zdziwili, jak nie zobaczyli bram raju. Bóg zawsze dla mnie był, i to jest dramat mojej historii.

    W machinę zła może wpaść każdy…

    Trzeba być czujnym. A zaczyna się od małych kroków. W życiu zrywa się z Bogiem przez małe ustępstwa, niby zgodne z własnym sumieniem. U mnie takim było współżycie z konkubinem. Miałam poczucie, że to grzech, ale dałam sobie luz. A potem odsuwać się od Boga było już tylko łatwiej.

    Ale żeby aż do zbrodni?

    Andrzej G. był całym moim światem. Zastąpił mi ojca. Bo przedtem wpajano mi, że do niczego się nie nadaję i jestem nikim. Bo mój dom był straszny. Pijaństwo, bijatyki. Ojciec był kierownikiem stolarni. Był kimś w miasteczku. Nie było do kogo pójść po pomoc. Gdy poszłam do spowiedzi i powiedziałam, że ojciec się znęca, to ksiądz polecił mi św. Monikę, bo ona 15 lat się modliła, zanim syn się nawrócił. Ale matka św. Augustyna nie była lana! Wiele osób w dowód wdzięczności przynosiło ojcu alkohol. Mama nie miała odwagi tego zakończyć. Była religijna, rozwód nie wchodził w grę. Około 13. roku życia ze stresu dostałam stałych napadów drgawek. Do dziś szarpie mi lewą nogą, kiedy się czymś stresuję. Poszłam na leczenie. Dostałam antydrgawkowy psychotrop. Ale nie uleczyło to mojego życia. Wtedy poznałam Andrzeja G. To był ojciec mojej koleżanki, wdowiec. Miałam 16 lat. Byłam oczarowana jego intelektem. Brał mnie na kolana, głaskał. Kiedy zaproponował mi po kilku latach pracę w kancelarii adwokackiej, wydawało mi się, że Pana Boga za nogi chwyciłam. Ale jak nie spełniłam jego oczekiwań związanych z robieniem kariery, zresztą podobnie jak jego córka, wtedy zaczął pokazywać nam nasze miejsce.

    Jak?

    Miał kochanki, dzwonił do nich przy mnie. Znęcał się nade mną psychicznie. Musiałam mówić do niego per pan, sprzątałam i gotowałam, jak mieli przyjść goście, ale na czas ich wizyty musiałam wyjść z domu… Ukrywał nasz związek przed całym światem. I pojawiła się osoba trzecia, która podsunęła nam myśl: załatwić go, żeby się wyzwolić.

    Czemu Pani po prostu od niego nie odeszła?

    Próbowałam. On mnie odnajdywał. Wracałam. Bo gdzie miałam iść? Do ojca, który bił matkę? Do burd alkoholowych? Świata się bałam. Poza tym nie jest łatwo 15 lat życia wyrzucić na śmietnik.

    Ale od mamy Pani oczekiwała tego samego.

    Ona, gdy dowiedziała się o zbrodni, miała wyrzuty sumienia. Że zafundowała mi takie dzieciństwo. Że była bierna, nic z tym nie zrobiła.

    Mama dowiedziała się o morderstwie z mediów, od policji?

    Ode mnie, zanim przyszli ci z Archiwum X. Byłam po wódce. Ona wstała i bez słowa wyszła. Wróciła rano. Na trzeźwo powtórzyłam jej wszystko. Zamarła.

    Wybaczyła?

    Od razu. Pamiętam do dziś jej uścisk, już miesiąc po aresztowaniu. Mama wyciągnęła z torebki krzyżyk – czarny, z kamienia. Do dziś noszę go na szyi. I ten różaniec, też czarny, pomógł mi przetrwać. Szczególnie pierwsze Boże Narodzenie w więzieniu. Prosiłam mamę, żeby o 20 pomodliła się ze mną na różańcu. Ona w domu, ja w celi. To była nasza jedyna łączność.

    Mama przypomniała Pani o Bogu? Bo „Bóg sobie poszedł” – pisze pani w swojej właśnie wydanej książce.

    Bóg milczał pięć lat po zbrodni. Aż do kwietnia 2005 roku. Była transmisja z placu św. Piotra. Oglądałam i piłam. Wyłączyłam po 21. Aż zadzwonił telefon. Mama płakała, że papież umarł. Szlochała tak, że mnie to przeraziło. Włączyłam telewizor. Zobaczyłam morze świateł przed bazyliką, modlitwy. I wtedy coś się ze mną stało. Nie umiem tego wyjaśnić. Ryczałam ze łzami: „Boże, pomóż mi! Zrób coś, żeby się to zmieniło!”. Po kilku dniach przyszli po mnie.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    Reklama

    • c-a
      13.01.2016 17:16

      abc@- Bóg jest jeden ! Jeden dla wszystkich i dla Ciebie !!!

    • g
      13.01.2016 17:44
      Niesamowita historia!!!!
    • Andy
      14.01.2016 18:08
      Tak jak nie mama dowodu na istnienie Boga, tak też nie ma dowodu na brak Jego istnienia. Ci co nie wierzą w Boga są po prostu wierzącymi inaczej z czego nie zdają sobie sprawy.
    • Gość
      30.03.2016 00:59
      Pani Weroniko dziekuje, wlasnie mi Pani pomogla. Szukalam odpowiedzi i znalazlam ja tu w Pani histori. Dzieki Pani histori zrozumialam wiele. Tak dla mnie jest ta ksizka, piekne swiadectwo wiary, walki o zycie wieczne, strach przed utrata Boga, utrata wolnosci z daleka od Niego. Jak czlowiek moze sie stoczyc przez ustepstwa, nie winne przewinienia, klamstwa zagluszaja sumienie, zakladajac coraz wieksze lancuchy upodlenia sie az do tragedi. A potem zostaje tylko odbic sie od dna lub leciec w dol. Nikt nie jest Sam, trzeba tylko zapytac Go o pomoc, jak widac tu na ziemi jest jeszcze szansa jak sie zaluje, tam juz nie. Ja tez otrzymalam nowe zycie, chociaz duzo musze sie jeszcze nauczyc. Szczesc Boze Pani Weroniko
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół