• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Rzeczpospolita czy oligarchia?

    Marek Jurek

    |

    GN 36/2015

    dodane 03.09.2015 00:15

    Finansowanie partii powinno służyć Polakom, a nie partyjnym centralom.

    We wrześniowym referendum decydować będziemy nie tylko o ordynacji wyborczej, ale również o budżetowym finansowaniu partii politycznych. Polacy nie lubią partii, choć volens nolens godzą się na oligarchiczną władzę ich central. Tym bardziej nie lubią nadmiernych wydatków publicznych na świat władzy. Ale przecież gdy będziemy o finansowaniu decydować, kierować się powinniśmy przede wszystkim interesem publicznym. Nie powinniśmy ignorować tak oczywistych racji jak tej, którą podniósł premier Jarosław Kaczyński, że „z całą pewnością”, gdyby publicznego finansowania partii „nie było, Andrzej Duda nie miałby szansy na wygranie wyborów prezydenckich, a Prawo i Sprawiedliwość nie miałoby szansy, by istnieć na scenie politycznej” („Do Rzeczy”, 27/2015). Rzecz jednak w tym, by pieniądze, które przekazujemy na partie, służyły nie tylko wyborczej konkurencji z PO, nie tylko walce o władzę, ale rzeczywistemu wpływowi narodu na sprawy Polski i świat władzy.

    Konstytucja mówi, że partie polityczne mają wolnym i równym obywatelom Rzeczypospolitej umożliwiać „wpływanie metodami demokratycznymi na kształtowanie polityki państwa” (por. art. 11 Konstytucji RP). W tych konstytucyjnych przepisach pięknie słychać echo klasycznej filozofii politycznej. Na tym zresztą polega siła tradycji, że działa, jeśli tylko nie jest świadomie odrzucana. W polskim porządku konstytucyjnym partie to ciała pośredniczące, bez których nie ma wolnego społeczeństwa, bez których społeczeństwu pozostaje jedynie rola kibiców i obserwatorów „walk na górze”. W republikańskiej demokracji przedstawicielstwo narodowe nie jest na żadnej „górze”, jest po prostu reprezentacją życia politycznego obejmującego całe społeczeństwo. Polityka zamknięta w Parlamencie to syndrom politycznej oligarchii. Ale – ktoś powie – przecież właśnie tak jest! Otóż to, bo pięknej formule konstytucyjnej nie odpowiada zupełnie praktyczna, ustawowa regulacja.

    Konstytucja gwarantuje „wolność tworzenia i działania partii politycznych”. Ale obecny system finansowania, wyposażając w niesamowite pieniądze centrale partii funkcjonujących od lat w Parlamencie – konsekwentnie służy nakłanianiu Polaków do akceptacji status quo, które (zwalczający się na co dzień) politycy nazywają „uporządkowaną sceną polityczną”. Wolność tworzenia partii politycznych to nie kwestia niepotrzebnego zwiększania ich liczby. Ta wolność (jak wszystkie autentyczne swobody obywatelskie) jest po prostu potrzebą społeczną i warunkiem dobrego funkcjonowania państwa. Społeczeństwo, w którym nie można (realnie) założyć gazety czy stacji radiowej – to społeczeństwo, gdzie wolność słowa jest kaleka. Społeczeństwo, w którym nie można (realnie) wprowadzić na rynek firmy, to społeczeństwo, w którym wolna konkurencja jest pozorna. Społeczeństwo, w którym nie można wprowadzić na forum publiczne reprezentatywnej partii – jest społeczeństwem, gdzie demokracja jest tylko fasadą. Wolność tworzenia i realne możliwości działania partii politycznych są przede wszystkim potrzebne wielkim partiom już istniejącym.

    Bez tego elementu kontroli bardzo łatwo ulegają demoralizacji. Weźmy przykład Platformy Obywatelskiej. Przecież to właśnie owe groźby „niewpuszczania na listy”, przy jednoczesnym braku środków na podjęcie niezależnej działalności politycznej przez dysydentów – stanowią ciągle zasadniczy czynnik presji i izolacji posłów kierujących się naprawdę odpowiedzialnością społeczną. Tymczasem to kierownictwo PO powinno mieć świadomość, że jej niezadowoleni posłowie, kierujący się nakazami sumienia, będą mogli odwołać się do wyborców. Gdyby kierownictwo PO było tego świadome – nie pozwoliłoby sobie na praktykowanie wobec swych polityków takiej tyranii moralnej, jakiej notorycznie się dopuszcza. Ostatnio przy ustawach o selekcji dzieci poczętych in vitro czy przy wyborze rzecznika praw obywatelskich. Te sprawy to nie żadna teoria. Przecież to niewielka liczbowo secesja ministra Gowina była jednym z momentów otwierających drogę do zmian w Polsce, do poszerzenia obozu prawicy. Czy ktokolwiek krytycznie nastawiony wobec ostatnich lat naszej historii może się cieszyć, że secesja ta nie nastąpiła wcześniej, że nie objęła większej liczby posłów, że kierownictwu PO udało się akcję Jarosława Gowina tak izolować?

    Przecież płacimy za to każdego dnia: ustawa o selekcji dzieci poczętych in vitro, lewicowy rzecznik praw obywatelskich, ingerencja w polską edukację, którą umożliwia konwencja przemocowa: tego wszystkiego mogło nie być, gdyby opinia publiczna miała większy wpływ na posłów PO, a oni sami – więcej instrumentów do wolnego wykonywania swego mandatu. Istnieją poważne argumenty za utrzymaniem systemu publicznego finansowania partii, ale w tej formie, w której służy niekontrolowanej dominacji partyjnych central – trwać już dłużej nie może. A czy można go czymś zastąpić? Oczywiście, partia startująca w każdych wyborach powinna być pewna PROPORCJONALNEGO udziału w finansowaniu publicznym. Powinna móc wziąć kredyt wyborczy, przedstawić swój program, wysłać w trasę swoje „niezależno-busy”, urządzić konwencje, krótko mówiąc (wyłącznie w granicach otrzymanych głosów) – robić wszystko to, co dziś robią tylko uprzywilejowani. Czy premier Kopacz, mając perspektywę takiej kontrakcji swoich posłów, mogłaby apelować, żeby zostawili w szatni swoje sumienia?•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół