• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Anakonda rusza na pomoc

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 40/2014

    dodane 02.10.2014 00:00

    – Nie ma dwóch takich samych akcji. Latamy do osób z zawałami, udarami, poważnymi urazami rąk czy nóg. Niedawno pomogliśmy kobiecie, która na pokładzie statku niespodziewanie zaczęła... rodzić – opowiada st. chor. Stanisław Czujkowski, ratownik.

    Jest 2.00 w nocy, 21 września 2014 roku. Załoga śmigłowca Anakonda pełniąca dyżur na lotnisku w gdyńskich Babich Dołach otrzymuje wezwanie. „Kobieta biorąca udział w turystycznym rejsie po Bałtyku doznała niebezpiecznego urazu ręki i wymaga natychmiastowego transportu do szpitala” – brzmi komunikat. Kilkanaście minut później maszyna jest już w powietrzu. Ratownik z kilkunastu metrów opuszcza się na pokład promu i udziela poszkodowanej pierwszej pomocy. Kobieta na noszach zostaje wciągnięta do śmigłowca. Akcja ratunkowa trwa mniej niż godzinę. Poszkodowana bezpiecznie trafia do szpitala.

    Podwyższone ryzyko

    Brygada Lotnictwa Marynarki Wojennej jest jedyną w kraju formacją lotniczą utrzymującą ciągłą gotowość do prowadzenia działań ratowniczych z powietrza nad obszarami morskimi. – Nasze działania obejmują ok. 30 tysięcy kilometrów kwadratowych powierzchni Bałtyku.

    Dysponujemy 9 śmigłowcami ratowniczymi oraz 8 samolotami patrolowymi. Od początku lat 90. uczestniczyliśmy w 553 akcjach ratowniczych udzielając pomocy 291 osobom – informuje kmdr ppor. Czesław Cichy, oficer prasowy BLMW. Decydujący wpływ na powodzenie akcji mają warunki atmosferyczne. – Środek nocy, mgła, silny wiatr. Na dole niewielka łódź rybacka, która buja się na kilkumetrowych falach. A w niej poszkodowany. Śmigłowiec musi zawisnąć w powietrzu, tak by ratownik idealnie wylądował przy chorym. Czy to jest w ogóle możliwe? Tak, ale trzeba bezwzględnie zaufać wskaźnikom pokładowym – zaznacza kpt. Artur Kasprzak, pilot. – Wiemy, że ratowanie ludzi na morzu to praca podwyższonego ryzyka. Dlatego każdej interwencji towarzyszy spora dawka adrenaliny. Nie ma natomiast miejsca na strach i panikę – podkreśla st. chor. szt. Edward Sokołowski, technik śmigłowca.

    Morze to żywioł

    Reakcje ratowanych osób bywają bardzo różne. Pewnego razu ranny mężczyzna na pokładzie śmigłowca zaczął zachowywać się agresywnie. – Był w amoku. Krzyczał, żeby zostawić go w spokoju. Próbował zaatakować pilotów. Z wielkim trudem udało się go uspokoić – opowiada S. Czujkowski. Bywa też tak, że poszkodowani, mimo poważnych urazów, nie godzą się na transport śmigłowcem. Tak było w przypadku windsurfera, który zaginął na Bałtyku. Kiedy po długich poszukiwaniach ekipie ratunkowej udało się go odnaleźć, rozbitek oznajmił, że nie wejdzie na pokład Anakondy dopóki... jego sprzęt nie zostanie zabezpieczony.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół