• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • O, matko!

    Marcin Jakimowicz

    |

    GN 40/2014

    dodane 03.11.2014 08:08

    Z Dominiką Figurską, aktorką i matką pięciorga dzieci, i Agatą Puścikowską, dziennikarką i matką pięciorga dzieci rozmawia Marcin Jakimowicz.

    Wiecie, czego ludzie boją się dziś bardziej od zmasowanego ataku Rosjan rozsiewających wokoło wirusa eboli? Ciąży. Jadąc do Was, widziałem billboard sieci komórkowej: „To nie ciąża. Żadnych zobowiązań”. Ciąża jest taka straszna?

    Dominika Figurska: Nie jest straszna. Da się przeżyć.

    Agata Puścikowska: Bywa straszna. Ale da się przeżyć…

    D.F.: Każda ciąża była dla mnie radością. Nigdy traumą. Każde dziecko było wyczekane, wytęsknione. Najtrudniejsza jednak była piąta ciąża. Było nieporównywalnie trudniej niż 10 lat wcześniej i gdybyś mnie wówczas zapytał, jak się miewam, nie odpowiadałabym z takim miłym uśmiechem…

    A.P.: A ja bardzo nie lubię tego stanu. (śmiech) Gdy jestem w ciąży, nerwowo i złośliwie reaguję na określenie „stan błogosławiony”. Bo dla mnie to przede wszystkim stan trudny fizjologicznie. Chociaż oczywiście, po 9 miesiącach, owoce ciąży są błogosławieństwem. Nie lubię nudności, ciągłego zmęczenia, bólu kręgosłupa. I mam do tego absolutne prawo. Jeśli ktoś próbuje mnie przekonać, że błądzę, bo powinnam cieszyć się jak wariatka z tego, że czuję się... fatalnie, to życzę mu powodzenia. Ciąża to huśtawka: z jednej strony cieszysz się, czekasz na ukochane dziecko. Z drugiej – walczysz z własnym ciałem i emocjami. I tak w kółko przez kilka miesięcy.
     

    Złotousty Leszek Miller rzucił kiedyś hasło: „patologia rodziny wielodzietnej”. Kiedy po raz pierwszy nasze katolickie społeczeństwo popatrzyło na was jak na rodzinę patologiczną?

    A.P. Już przy trzecim dziecku. Trzecie dziecko to bariera, która wywołuje skrajne zachowania i emocje u postronnych: dalszej rodziny, obcych ludzi nawet. Rozmawiałam z setkami kobiet i widzę, jak bardzo boimy się trzeciej ciąży. Pierwsza, druga jest łaskawie akceptowana przez społeczeństwo, trzecia to niebezpieczna fanaberia. Ludzie zaczynają patrzyć na ciebie z podejrzliwością, czy wręcz złośliwością. Wielokrotnie słyszałam: „Nie potrafiłaś się zabezpieczyć?”. „Taka zdolna, wykształcona i tyyyle dzieci”. Pamiętam, jak urodziłam Justyna, trzecie dziecko. Byłam przeszczęśliwa. Na porodówce podszedł do mnie lekarz i wypalił: „Musi pani zacząć coś brać, żeby czwartego nie było”. Tego typu teksty to norma. Doświadczają ich niemal wszystkie wielodzietne matki. Dominika ma farta. Chroni ją immunitet popularnej aktorki…

    D.F. …chronił mnie do piątego dziecka. Potem nie miałam już żadnej taryfy ulgowej. (śmiech) I usłyszałam to i owo... A wracając do trzeciego dziecka: dopiero wtedy, po urodzeniu Józefa, w pełni świadomie przeżyłam macierzyństwo. Przy pierwszym dziecku towarzyszyły mi lęki: jak sobie poradzę. Przy drugim również miałam mnóstwo obaw. Przy trzecim to wszystko puściło, uspokoiło się. Pomyślałam: i tak nie mam trzeciej ręki. Muszę dać radę. I to nasze polskie „jakoś to będzie” bardzo mnie uspokoiło. Naprawdę. Odetchnęłam. I rzeczywiście, gdy mieliśmy już trójkę dzieci, zrobiło się spokojniej. Wygrało doświadczenie, dojrzałość, radość z kolejnego człowieka. A nie lęk i stres.



    A.P.: Potwierdzam. Paradoksalnie, gdy rodzina się powiększa, zaczyna być łatwiej. I wychowawczo, i logistycznie. Dlatego nie warto przejmować się złym słowem czy komentarzem ludzi, którzy tak naprawdę nas nie znają. Teraz już potrafię się obronić, czy zwyczajnie nie zwracam uwagi na złośliwości. Ale kiedyś bolało. Bo właściwie jakim prawem obca kobieta, lustrując mnie i dzieci, z szyderstwem w głosie, syczy: „Ooo, dużo tego. To wszystkie pani?”.
     

    Co odpowiedziałaś?

    A.P.: „Nie. Połowa męża”. (śmiech) Moja znajoma z szóstką dzieci regularnie zaczepiana przez złośliwą matkę jedynaka, na pytanie, dlaczego mają „taką gromadę”, w końcu odpaliła: „bo mój mąż jeszcze może...”. (śmiech) Niegrzeczne? A grzeczne jest wcinanie się w cudze życie? Komentowanie cudzych decyzji? Tak, mamy dużo dzieci, bo taki model wybraliśmy. Każde kolejne dziecko traktujemy jak dar. W dodatku dar, który okazuje się błogosławieństwem dla całej rodziny. Dominika ma rację: przy każdym kolejnym dziecku jest łatwiej, uspokajają się emocje, prostują relacje. Choć oczywiście zrobienie prania dla piątki dzieci jest nieco bardziej kłopotliwe niż dla jednego.

    D.F.: Przy pierwszym dziecku marzysz o tym, by recytowało Szekspira… I to w oryginale! A przy trzecim dziękujesz Bogu za to, że po prostu jest: śmieje się, gaworzy, rośnie. Szekspira może się nauczyć dopiero w szkole teatralnej. (śmiech) Jeśli będzie chciało.
     

    Czy przysłowie „dziecko rodzi się z bochnem pod pachą” (czytaj: Pan Bóg zapewni środki na jego utrzymanie) nie jest głęboką metaforą?

    D.F.: Nie jest. Naprawdę gdy Pan Bóg daje dzieci, daje i na dzieci. Jako aktorka bałam się, że po pierwszym dziecku usłyszę: „Żegnamy, do widzenia. Dla dzieciatych aktorek miejsca nie ma”. Okazało się jednak, że mogłam z powodzeniem pozostać w zawodzie. Dostawałam takie role, że tylko Pan Bóg mógł napisać podobny scenariusz. Bóg nie zostawił nas na lodzie. I nie zostawia, mimo (a może właśnie dlatego) że urodziłam piątkę dzieci.

    A.P.: Ale oczywiście nie działa to tak, że Bóg zrzuca ci bochen z nieba, uważając, by cię nim nie walnąć. Po prostu jeśli masz kolejne dzieci, musisz myśleć, skąd wziąć pieniądze na ich utrzymanie. Zaczynasz być kreatywny, twórczy, co przekłada się na finanse. Wielodzietność daje ci ogromnego, motywacyjnego kopa. To też inspiracja Ducha Świętego! Zanim trafiłam do „Gościa”, byłam mamą pracującą w domu. Z dwójką dzieci. Dlaczego? „Bo tak powinna robić matka”. Nie byłam jednak typem kobiety, która spełnia się, pracując wyłącznie w domu. Dziennikarstwo jest moją pasją, rezygnacja z pracy zawodowej uderzała we mnie do głębi. Jednak nie miałam motywacji, by to przerwać. Urodziłam trzecie dziecko, sytuacja rodzinna zmieniła się. I już jako mama trojga dzieci zostałam zatrudniona w tygodniku. To dzięki trzeciemu dziecku odżyłam i zawodowo, i jako kobieta. Zaniedbuję pracę zawodową? Daję sobie taryfę ulgową jako dziennikarz? Nie. Moje dzieci są zaniedbane? Nie! Kiedy wracam z pracy, staram się w dwójnasób być dobrą matką. Po prostu lubię moje dzieci i czas z nimi spędzony. Połączenie roli matki i profesjonalnego pracownika jest możliwe.

    D.F.: Pod warunkiem oczywiście, że nie wybierzesz pracy w korporacji, która zmusza do siedzenia w biurze od rana do nocy. Wtedy z pewnością ucierpi albo macierzyństwo, albo praca zawodowa. Inna sprawa, że czas korporacji, które zatrudniały ludzi niezamężnych i bezdzietnych, którzy żyją wyłącznie firmą, a nie mają uregulowanego prywatnego życia, na Zachodzie kończy się. Tam na rozmowie o pracę usłyszysz: „Ma pan żonę i dzieci? Która to żona?”. Wiesz, dlaczego? Bo jeżeli potrafisz utrzymać pierwszą żonę i gromadkę dzieci, jeśli potrafisz stworzyć dobre relacje na wiele lat, to znaczy, że jesteś kreatywnym, wartym zaufania, przedsiębiorczym człowiekiem.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    • Anna
      04.11.2014 15:56
      Dawno, dawno temu, żyła sobie Matka Jedynaka.
      I słyszała od kuzynek, koleżanek, sąsiadek, "życzliwych":
      "Maryjo, czy już nie czas na drugie?"
      "Nie chciałabyś mieć córeczki?"
      "Twój synek wyrośnie na egoistę, zobaczysz. Nie ma z kim się dzielić, nie ma się kim opiekować."
      "Jedno dziecko? To jeszcze nie rodzina!"
      "Zobaczysz, na stare lata nie będzie ci miał kto podać szklanki wody."
      "Sara jest już w ciąży z szóstym dzieckiem. Nie wstyd ci?"
      "Brak wielu dzieci, to brak Bożego błogosławieństwa."
      "Jak Bóg da dzieci, to da i na dzieci."
      "Myślisz, że nie macie warunków na więcej dzieci?"

      I tak przez długie lata...
    • Anna
      04.11.2014 22:00
      "SYNDROM PLAŻY"

      Kiedy Maryja i św. Józef szli ze swoim Synkiem na spacer, mały Jezusek, "wynudzony rodzicami" wyrywał się zaraz do wesołych gromadek dzieci wielodzietnych cioć i sąsiadek. Tam dopiero była prawdziwa Rodzina przez duże "R"!

      A później, nadąsany, wracał ociągając się do pustego, cichego domu w Nazarecie, gdzie św. Józef heblował deski, Maryja szykowała kolację, a On snuł się z kąta w kąt. O, jak bardzo brakowało Mu śmiechu i tupotu rodzeństwa, wesołego przekomarzania się, bitew na poduszki i wspólnych psot!

      Jak smutno musiało być w tej Rodzinie Jednodzietnej.
    • Zosia
      05.11.2014 19:28
      Duża rodzina to fantastyczna sprawa. Zawsze chciałam mieć troje dzieci.Jednak różne zawirowania życiowe spowodowały, że mam tylko dwoje. Myślę, że to także Boży plan, ponieważ przy tej dwójce mam tyle problemów zdrowotnych, że mogłabym obdartować nimi o wiele więcej dzieci. Błogosławieństwem jest sytuacja, kiedy dzieci rodzą się zdrowe i rodzice nie borykają się z problemami zdrowotnymi. Czy widział ktoś chore drzewo i zdrowe owoce?? Urodziłam syna 16 lat temu. Poród był niezwykle ciężki i gdyby nie mój mąż na sali porodowej i jego walka o nas, to dzisiaj nie mogłabym z Wami dzielić się moim przykładem. Syn był bardzo chorowity a największym problemem była ostra alergia (niemal na wszystko) i przewlekłe zapalenie oskrzeli łacznie z astmą w wieku 3 lat. Nie mogłam karmić go niczym innym jak własnym pokarmem, przy zachowaniu drastycznej diety (moja stala dieta to tylko 3 produktu). Do tego mały w wyniku choroby, miał wieczne problemy ze snem, więc pierwszą noc (pobudka dopiero po 5 godzinach snu) przespałam jak miał 3,5 roku. Pogorszył się mój wzrok, wypadały włosy i zagosciły przewlekłe infekcje ze stałą kuracją antybiotykową. Koszmar! przyrzekłam sobie że nigdy więcej dzieci. Kiedy syn miał 5 lat zamarzyłam o kolejnym dziecku :). Mąż był zachwycony, ponieważ zawsze mawiał, że to kobieta ponosi najwiekszy cieżar, dlatego tylko ja mogę podjąć się tego i zadecydować. Urodziłam śliczną córeczkę. Mąż szalał z radośći (zresztą szaleje do dziś :). W miedzy czasie nasza trudna sytuacja zmusiła nas do emigracji za granicę.Bardzo nad tym ubolewałam ze taka sytuacja nas spotkała. Dziś wiem że to było Błogosławieństwo!. Córa, którą urodziłam już w innym kraju, zachorowała na nieuleczalną chorobę genetyczną. Okazało się, że jesteśmy z mężem nosicielami wadliwych genów, a ucórki one się skumulowały. Jest po kilku operacjach, choć ma dopiero kilka lat. Dzięki Bogu, że w tym naszym nieszczęściu, mamy tak niebywałą ochronę!. Postać choroby nie jest mocno agresywna, dlatego nie jest przykuta do wózka inwalidzkiego. A druga rzecz to leki, którymi jest leczona. Koszt leczenia dziecka z tą chorobą w Polsce to 70 tyś. rocznie już po refundacji NFZ. My za granicą mamy to leczenie za darmo I jak nie dziękować Bogu!? skąd wzięłabym co roku 70 tyś,?? Myślałam o trzecim dziecku, ale lekarze ostrzegli, że jest duże prawdopodobieństwo że kolejne dziecko urodzi się z agreswynieszą odmianą tej choroby. Nie mam sumienia i serca aby powołać do życia dziecko, które skażemy na tak duże cierpienie. Bardzo mnie boli, kiedy słyszę ''a czemu macie tylko dwoje dzieci?'' zwłaszca z ust księdza, który nie ma wogóle pojęcia co to znaczy mieć dziecko. Dużo dzieci, to także dużo pracy. Ja wraz z moją rodziną ten dodatkowy czas oddaję na rzecz innych dzieci pracując z nimi w kościele poprzez różne organizacje:) Pozdrawiam wszystkich i proszę nie oceniajcie nikogo, bo nikt nie wie jakie dramaty skrywa dana rodzina.
    • Aba
      05.11.2014 22:14
      Mamy dwoje dzieci, żyjemy bardzo oszczędnie a i tak ciągle nam brakuje na potrzebne rzeczy. Niekiedy to chce mi się zwyczajnie wyć i walić głową o mur z bezsilności. Na każdym kroku trzeba za coś płacić. Skąd na to wziać? Macie też tak czasami?
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół