• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Nasze miejsce jest w Polsce

    ks. Rafał Starkowicz

    |

    Gość Gdański 18/2014

    dodane 01.05.2014 00:00

    – Ostatnio jeden z polityków powiedział, że Polacy będą tłumnie wracać z emigracji. Zapomniał tylko dodać dokąd – mówi pan Robert, który od kilku lat pracuje w Norwegii.

    Podróżując, można znaleźć ich wszędzie. Spotkać Polaka można bowiem zarówno na dalekiej Syberii, w afrykańskich ostępach, centrach największych światowych metropolii, jak i na odludziu urugwajskiej Pampy. Wielu znalazło się poza ojczyzną w wyniku zawiłości polskiej historii. Innych do wyjazdu zmusiły względy materialne. Niektórych gnała ciekawość świata. Są i tacy, którzy poza ojczyzną znaleźli się w wyniku powojennych zmian granic. Ci ostatni bardzo denerwują się, gdy próbuje się ich nazywać Polonią. Są Polakami żyjącymi poza krajem. – Zostaliśmy tam, aby bronić naszej ziemi, wiary, mowy i wszystkiego, co jest polskie – mówiła podczas Festiwalu „Niepokorni, niezłomni, wyklęci” Weronika Sebastianowicz, oficer Armii Krajowej z Grodna.

    Za chlebem

    Według danych statystycznych już ponad 2 miliony młodych Polaków opuściło ojczyznę, by pracować tam, gdzie mają większe szanse na godziwe wynagrodzenie. Proces ten nie omija także województwa pomorskiego. Każdego roku z Wybrzeża emigrują prawie 2 tysiące ludzi. Robert mieszkał w Rumi. Był elektrykiem w stoczni. Do Norwegii wyjechał kilka lat temu. Dziś mieszka 50 km na północ od Ålesund. Mówi, że to niedaleko, choć podróż samochodem z Oslo zajmuje prawie osiem godzin. Upadający przemysł stoczniowy sprawił, że podobnie uczyniło wielu jego kolegów.

    – W niektórych stoczniach pracują prawie sami Polacy. Można powiedzieć, że na terenie tych zakładów polski jest drugim językiem urzędowym. Pracowałem w takich stoczniach, gdzie jedynie nadzór był norweski – opowiada. Nie kryje, że do wyjazdu zmusiła go sytuacja finansowa. W Polsce zostawił żonę i dwoje dzieci. Za granicą pracuje cztery tygodnie, później na dwa wraca do domu. Jak twierdzi, nie zamierza emigrować. – Polska ma swój urok i swoją tradycję. Norwegia to smutny kraj. Bądź co bądź, jesteśmy Polakami. Nasze miejsce jest w Polsce – zaznacza. Wielu z jego znajomych jednak podjęło decyzję, by w Norwegii zamieszkać na stałe. Uważa, że emi- gracja przestałaby być problemem, gdyby ci, którzy wyjechali, mogli w Polsce liczyć na godziwą zapłatę. Z racji poglądów jest w swoim środowisku nazywany „moherem”. Nie wszyscy tu chodzą do kościoła. W większych miejscowościach są wprawdzie odprawiane Msze św. w języku polskim. – Jeżeli jednak ludzie mają dojeżdżać do kościoła ponad 150 km, to wiadomo, że na Msze docierają tylko najgorliwsi. A i tak świątynie podczas niedzielnych nabożeństw są pełne – stwierdza.

    Z potrzeby uczciwości

    Kasia i Andrzej pół roku temu wyjechali do Kanady. Są małżeństwem od 13 lat. Mają dwoje dzieci. Andrzej wcześniej w Ameryce studiował marketing i zarządzanie. Zdobył tam dyplom MBA. W Polsce pracował w kilku dużych firmach. Kasia, która skończyła wydział prawa i administracji, zajmowała się domem. Pieniędzy wprawdzie starczało, ale Andrzejowi przeszkadzał brak przejrzystości w polskim biznesie. Obawiał się, czy w którymś momencie nie będzie musiał działać w niezgodzie ze swoim sumieniem. – Trudno znaleźć po takiej szkole stanowisko pracy w uczciwej firmie, która rzetelnie zarządza ludźmi i podejmuje godziwe działania na rynku – mówi Andrzej. Na emigracji brakuje im ojczystego języka, polskich zwyczajów, przeżywania świąt, tradycji… Jest wprawdzie kościół i mimo że tamtejsi księża są otwarci, jak twierdzą, nic nie zastąpi tego duchowego klimatu, którego doświadczali w polskim kościele. Problemem jest także brak kontaktu z rodziną. W Polsce zostawili rodziców i liczne rodzeństwo.

    Po doświadczenie

    Katarzyna Kuchnowska od lat mieszka poza domem. Działa w studenckiej organizacji AIESEC. Do Meksyku wyjeżdżała, sądząc, że spędzi tam rok. Jak twierdzi, dość niespodziewanie wygrała wybory na prezydenta meksykańskiego oddziału organizacji. Dzisiaj wie, że spędzi tam kolejnych szesnaście miesięcy. – Meksyk jest dla nas dość egzotycznym krajem. Ale dla samych Meksykanów kontakt z Pol- ką i do tego Kaszubką to prawdziwa egzotyka – stwierdza. Katarzyna pochodzi z Pucka. Tęskni za domem, rodzicami i polskim językiem. W Polsce ukończyła studia z zakresu samorządu terytorialnego i polityki regionalnej. Później także dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. – Myślę, że po powrocie do Polski założę fundację lub stowarzyszenie społeczne, które korzystałoby z doświadczeń nabytych za oceanem. Zawsze miałam w sobie nutę patriotyzmu lokalnego – snuje plany na przyszłość. – Polacy chcą się trzymać razem – mówi o nielicznej meksykańskiej Polonii. Twierdzi, że najważniejszą cechą Polaków jest skromność. – Żyjemy skromnie, ale potrafimy być bardzo gościnni. Potrafimy też dostosować się do ich kultury. To nasza wizytówka – dodaje.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół