Żeby się uświęcić, trzeba się poświęcić.
W Polsce ubywa sióstr zakonnych – dowiedzieliśmy się z mediów przy okazji dnia życia konsekrowanego.
I cóż w tym dziwnego? Dlaczego miałoby nie ubywać sióstr, skoro przede wszystkim ubywa matek i żon, ojców i mężów? Statystyki pokazują, że młodzi ludzie coraz rzadziej zawierają śluby małżeńskie, skąd się więc nagle mają wziąć kolejki do ślubów zakonnych? Skoro normą staje się niechęć do podejmowania nieodwołalnych decyzji, koniecznych do założenia dobrej rodziny, to jakim cudem miałaby nie maleć chęć nieodwołalnego poświęcenia się Bogu?
Nie znaczy to, że jest kryzys powołań, bo to Bóg powołuje, a On w kryzysie nigdy nie był, nie jest i nie będzie. Jest kryzys powołanych. Do wszystkiego – zarówno do małżeństwa, jak do życia kapłańskiego, zakonnego i do życia w tak zwanej samotności.
Czy ktoś sobie wyobraża, że plaga „wolnych związków” w miejsce małżeństw to skutek tego, że Bóg nagle przestał powoływać ludzi do małżeństwa? Niemożliwe! Powołuje, tylko ubywa tych, co reagują „po wołaniu”. Boją się zobowiązań, bo to dla nich „wiązanie”, a teraz przecież czas praw, a nie obowiązków. Wszyscy mają dziś jakieś prawa, a prawa mają rzeczników. Od wszystkiego: od obywateli, dzieci, pacjentów, konsumentów, od równego traktowania, od wykluczonych. Ludziom trzeba dać i zabezpieczyć, zagwarantować i zapewnić, bo ma być wolność i swoboda. I dziewczyna młoda. Stara niech wypada – dać jej prawo do eutanazji. Bo każdy ma ponoć „prawo do szczęścia”, a rozumie się przez to możliwość realizacji zachcianek bez ponoszenia kosztów.
Tak dochodzi do paradoksu: choć ludzie nie chcą się z kimkolwiek wiązać, chcą wiązać kogoś ze sobą. Nie chcą być dla człowieka, ale człowiek ma być dla nich. Chcą być wolni, ale z niewolnikiem u boku.
„Skończę studia, potem urodzę dziecko” – wyjawiła kiedyś swój życiowy plan moja znajoma. Urodzi dziecko. Ta charakterystyczna liczba pojedyncza. O małżeństwie nie wspomniała. Bo dziecko (jedno) się przyda, a nie zagraża jak małżonek.
Czemu ma nie ubywać ludzi poświęcających się Bogu, skoro ubywa ludzi gotowych poświęcić się komukolwiek i czemukolwiek? Skoro maleje liczba tych, co chcą żyć „dla”, a nie „z”, wzrośnie zaludnienie, ale w więzieniach, w domach publicznych i innych tego typu instytucjach.
To dziwne, że ryzyko podjęte ze względu na Boga „świat” uważa za szaleństwo, choć jeszcze nikt na tym szaleństwie źle nie wyszedł. W rzeczywistości prawdziwe szaleństwo uprawiają ci, co idą przez życie wbrew woli Boga. Czy żonaty facet, który odchodzi z kochanką, nie jest szaleńcem? Porzuca żonę po wielu latach małżeństwa i zostawia ją z dziećmi – przecież to istny kamikadze. Za jego krokiem idą kolosalne konsekwencje: zerwane kontakty, alimenty, nowe mieszkanie, a to wszystko w wieku, w którym zwykle człowiek ma życie poukładane. Już nie mówiąc o tym, co dzieje się w duszy kogoś takiego. I pomyśleć, że takich ludzi powszechnie uważa się za normalnych, a łamie ręce nad dziewczyną, która idzie do zakonu. Kto tu zwariował?
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
Przeczytaj komentarze | 8 | Dodaj swój komentarz »
Najwyżej oceniane:
wszystkie komentarze >