• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Szpieg śpiący w garniturze

    Barbara Gruszka-Zych

    |

    GN 48/2011

    dodane 01.12.2011 00:15

    Filmowy James Bond w przyszłym roku skończy pięćdziesiątkę. A na ekrany wejdzie 23. obraz z tej serii. W nowej książce „James Bond – szpieg, którego kochamy” Michał Grzesiek po raz pierwszy w Polsce przedstawia całą jego historię.

    Ikona popkultury – słynny Agent 007 jako postać literacka jest starszy od filmowego, bo dobiega 60. Już w 1953 r. ukazała się pierwsza powieść Iana Fleminga „Casino Royale”, w której się pojawił. Już wtedy stał się niedosiężnym idolem wszystkich mężczyzn. Ale prawdziwa kariera tej owianej legendą postaci zaczęła się od filmu „Doktor No”, wyreżyserowanego przez Terence Younga w 1962 r. Jak się z czasem okazało, ten niezwykły bohater przez lata realizacji kolejnych „Bondów” miał wiele twarzy. W kolejnych produkcjach grali go m.in. Sean Connery, George Lazenby, Roger Moore, Timothy Dalton. – Każdy facet chciałby być Bondem, choć nie wszyscy chcą się do tego przyznać – mówi Michał Grzesiek. – To ideał – zna się na wszystkim, ma wszystko, co najlepsze, najdroższe, jeździ superwozami, zawsze ma przy sobie piękne kobiety. Uparcie dąży do celu, jak niemieccy piłkarze, którzy nie odpuszczają do ostatniego gwizdka. Jedyna rysa na jego wizerunku to brak uczuć wyższych, wrażliwości na innych. Ale gdyby je miał, pewnie poległby w pierwszej misji. Przecież kiedy dwa razy się zakochał, zawsze źle się to kończyło. Każdy mężczyzna chciałby też pobawić się „zabawkami”, którymi dysponował brytyjski szpieg. Szczytem ekstrawagancji w latach 60. był jego telefon w samochodzie, nie wspominając o luksusowym Astonie Martinie wyposażonym w nieziemskie gadżety. Bond przez te wszystkie lata miał niezwykłą siłę oddziaływania. Któż nie zna jego słynnych powiedzonek w stylu: „Nazywam się Bond. James Bond” albo „Proszę martini, wstrząśnięte, niezmieszane”.

    Zwycięża zło

    Znają go miliony fanów na całym świecie, dlatego trochę śmiesznie brzmi, kiedy się przedstawia, że jest tajnym agentem Jej Królewskiej Mości. Posiada licencję na zabijanie, którą wydał mu brytyjski rząd reprezentowany przez „M”. – Podwójne zero sygnalizuje, że został wydelegowany do zadań specjalnych – wyjaśnia Michał Grzesiek.

    „M” w „Doktorze No”, wysyłając Bonda na Jamajkę, instruuje go, że podwójne zero oznacza licencję na zabijanie, a nie licencję na bycie zabitym. – Jego przeciwnicy zabijają bez mrugnięcia oka, on też musi tak działać – dodaje autor. Agent 007 jest zawsze lojalny wobec szefostwa. Nawet gdy stawiają na nim krzyżyk, dalej prowadzi misję, mając na względzie, że wszystko co robi, robi dla Wielkiej Brytanii. W swojej książce Grzesiek przytacza warty zauważenia w tym kontekście fakt. Kiedy w filmie „Świat to za mało” reżyser Michael Apted starał się o nieosiągalne dla innych zezwolenie na kręcenie zdjęć pościgu łódkami po Tamizie, które miały 9-krotnie przekroczyć dozwoloną tam prędkość, usłyszał od ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Wielkiej Brytanii, nieżyjącego już Roberta Cooka, znamienną odpowiedź: „Po wszystkim, co Bond zrobił dla Wielkiej Brytanii, czas, żeby ona zrobiła coś dla niego”. W tej skonstruowanej według modelu „dobro zwycięża zło” szpiegowskiej bajce dla dorosłych dobry James Bond zwycięża siły zła, które chcą zawładnąć światem. – Sporo postaci jest przerysowanych, żeby uwypuklić ich charakter i przesłanie, które realizują – podkreśla Grzesiek. Walczą z szaleńcami, dążącymi do osiągnięcia władzy absolutnej i unicestwienia globu. W wielu filmach pojawiają się wątki odnoszące się do aktualnej nie tylko politycznej sytuacji – życia za żelazną kurtyną, rozbrojenia nuklearnego, stosowania dopingu w sporcie.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół