Podziemne motyle na Krakowskim Przedmieściu.
Jestem ze wsi. To widać, słychać i czuć. Od dzieciństwa żyję w krajobrazie polskiej prowincji. Lubię stare drzewa, zapach zboża i ziół, procesję w uroczystość Bożego Ciała, lokalne targowiska i listonosza na rowerze. Wiosna zaczyna się dla mnie, gdy przylatują bociany, jesień – gdy ich gniazdo pustoszeje. Nic dziwnego, że ilekroć w przeszłości miałem jechać do Warszawy „w interesach”, już kilka dni przed podróżą czułem tzw. rajzefiber. A gdy tam dotarłem, podświadomie szukałem azylu, w którym przetrwał „duch prowincji”. Takim schronieniem przez lata był dla mnie plac Zbawiciela, przypominający rynek w małym miasteczku.
Często nocowałem w redakcji „brulionu”, która mieściła się właśnie w tym miejscu. Kiedy wracałem z pracy, widziałem dwie białe wieże kościoła i ludzi spieszących się gdzieś, handlujących warzywami i owocami, żebrzących pod świątynią albo znikających w bramach kamienic. Czasem przez pozbawione zasłon okna obserwowałem sąsiadów jedzących zupę przed telewizorem albo żywo gestykulujących nad butelką wódki. A ponieważ również moje życie „płynęło, jak płynie krew z nosa” – powoli i raczej smutno – z biegiem czasu to miejsce stało mi się bardzo bliskie. Dostrzegłem jakiś niezwykły, duchowy związek między tą „tlącą się” leniwie wegetacją a potężną świątynią w centrum placu. Stąd ostatnia fraza mojego wiersza „Elegia”: „noc psuje dusze zmęczonym przechodniom/ ale Zbawiciel je składa z powrotem”. Podobnie atmosferę placu Zbawiciela musiał odczuwać reżyser Krzysztof Krauze, który kilka lat później uczynił z niego scenerię wstrząsającego filmowego dramatu. To dowód, że – nie tylko w Warszawie – istnieją miejsca święte, których duchowa specyfika ma charakter intersubiektywny, oddziałuje na różnych ludzi.
Od kilkunastu miesięcy najważniejszym dla mnie miejscem w Warszawie jest Krakowskie Przedmieście, gdzie odbywają się smoleńskie Marsze Pamięci. Przestrzeń kojarząca się z płonącymi zniczami, wolnością słowa i krzyżem, traktowanym przez media jako głupstwo i zgorszenie. Niektórzy twierdzą, że tysiące Polaków gromadzą się tu przez przypadek lub na polityczne zamówienie, ale to nieprawda. Najsłynniejsza ulica stolicy zawsze była areną spontanicznych manifestacji polskiej duszy. Tu zaczynały się lub miały swe ważne epizody największe powstania: kościuszkowskie, listopadowe, styczniowe i warszawskie.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
Dodaj swój komentarz »