• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Odwaga ojca Ignacego

    Stanisław Zasada, korespondent „Gościa” z Wielkopolski

    |

    GN 18/2009

    dodane 06.05.2009 08:21

    Gdy kardynał Hlond zaproponował mu, żeby stanął na czele nowego zgromadzenia, ojciec Ignacy Posadzy poszedł do spowiednika i do lekarza. Pierwszy powiedział mu, żeby nie odmawiał. Drugi – że dla jego słabego zdrowia to spore ryzyko.

    W pierwszą środę maja w bazylice archikatedralnej w Poznaniu odbędzie się ostatnia sesja diecezjalnego etapu procesu beatyfikacyjnego ks. Ignacego Posadzego, współzałożyciela Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej i założyciela Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Chrystusa Króla. Dla opiekujących się polskimi emigrantami na wszystkich kontynentach księży chrystusowców będzie to ważny dzień. – To milowy krok na drodze do wyniesienia naszego współzałożyciela na ołtarze – mówi ks. Bogusław Kozioł, postulator procesu beatyfikacyjnego. – Wielu z nas prywatnie uważa ojca Ignacego za osobę świętą.

    Nowicjusz, mistrz i przełożony
    Pod koniec lata 1932 roku ks. Ignacy Posadzy przyjechał do Potulic, dużej wsi koło Nakła na Pomorzu. Kilka dni później dołączyło do niego ponad 30 kandydatów do nowicjatu. Tak zaczęły się dzieje Towarzystwa Chrystusowego. Ksiądz Posadzy miał potrójną rolę – był nowicjuszem, mistrzem nowicjatu i przełożonym zgromadzenia. – Czy ksiądz podejmie się tej roli? – pytał go rok wcześniej kard. August Hlond. Ówczesny prymas Polski od dawna nosił się z zamiarem założenia zgromadzenia, które pracowałoby wśród polskich emigrantów. Jeżdżąc po świecie, napatrzył się, jak oderwani od rodzinnych korzeni i pozbawieni kontaktu z polskim kapłanem rodacy odchodzą od wiary.

    Ksiądz Posadzy poprosił Prymasa o kilka dni do namysłu. „Poszedłem do spowiedzi świętej, by poradzić się mojego kierownika duchowego. Z ust jego usłyszałem słowa zachęty do obrania woli Bożej” – zapisał w swoich wspomnieniach. Jako że był wątłego zdrowia, udał się też do lekarza. Usłyszał, że może zaryzykować. – Odtąd przyszło mu podejmować wiele odważnych decyzji – mówi ks. Kozioł. Ledwo co powstało Towarzystwo, a pierwsi chrystusowcy zaczęli wyjeżdżać na misje, gdy wybuchła wojna. Zgromadzenie nie zaprzestało działalności. Ojciec Posadzy wysyłał współbraci do Rzeszy – wyjeżdżali tam jako robotnicy przymusowi i potajemnie prowadzili duszpasterstwo wśród wywożonych na roboty Polaków.

    Po wojnie, na życzenie prymasa Hlonda, wysłał chrystusowców na Pomorze Zachodnie. Ziemie te po kilku wiekach niemieckiej dominacji powróciły do Polski, ale ich status był wciąż niepewny. Nie bacząc na ryzyko, chrystusowcy zorganizowali tam sieć parafii dla przesiedlonych rodaków z Kresów Wschodnich i osadników z centralnej Polski. Parafie istnieją do dziś. W latach stalinowskich władze zakazały duchownym wyjazdów za granicę. Dla chrystusowców był to szczególnie dotkliwy zakaz. – Ale ojciec Ignacy wierzył uparcie, że kiedyś wyjazdy staną się możliwe – opowiada postulator. Nie mylił się. – Współczesna fala emigracji pokazuje, że wciąż jesteśmy potrzebni – mówią dziś z satysfakcją chrystusowcy.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»

    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół