• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Moja żona była opętana

    Wysłuchał: Jarosław Dudała

    |

    GN 18/2008

    dodane 01.05.2008 21:28

    Mariola chciała poduszką udusić własne dziecko. Z nożem rzucała się na męża Rafała, a on... Posłuchajcie jego opowieści:

    Między nami zaiskrzyło 10 lat temu na urodzinach koleżanki. Na pierwszym spotkaniu Mariola powiedziała mi, że jest chora na epilepsję. Lekki niepokój wkradł się w serce, ale powiedziałem: – Co z tego? Bardziej uderzyła mnie sytuacja w jej domu. Zauważyłem, że między rodzicami trwa wojna. Dało się odczuć, że Mariola jest w tej rodzinie odstawiona na boczny tor. Kiedyś powiedziałem jej: – Ja cię i tak stąd ukradnę. Pamiętam, jak pierwszy raz widziałem u Marioli atak. To były rytmiczne uderzenia, nienaturalne wykręcanie rąk, twarzy, całego ciała.

    Nie wiem, jak pani pomóc
    Lekarze nie potrafili stwierdzić, co to jest. Pierwsza diagnoza mówiła, że to padaczka. Ale jej ataki trwają do 15 minut, a ataki u Marioli trwały nawet półtorej godziny. Dawki leków były zwiększane, ale to nie pomagało. Kilku neurologów przyznało: – Nie wiemy, jak pani pomóc. Po dwóch latach pobraliśmy się. Mariola nie potrafiła przygotować ani nawet zjeść wspólnego posiłku. Gdy chciała zrobić mi choćby kawę, od razu przychodził napad. Nie mogła uczynić dla mnie nic dobrego. Może ktoś inny na moim miejscu uderzyłby pięścią w stół. Ale ja wolałem robić wszystko sam. Przygotowywałem śniadania, obiady, kolacje. Mariola nie potrafiła zrozumieć, jak to możliwe, że ja chcę coś zrobić dla niej. Później okazało się, że już przez taką codzienną miłość zły duch był pokonywany.

    A szef na to...
    Na 100 problemów 98 było rozwiązywanych tak, jak chciała Mariola. Starałem się schodzić jej z drogi, bo inaczej był napad. Po każdym z nich była wykończona fizycznie. Dwa lata po ślubie urodziła się Martyna. Stan Marioli się pogorszył. Już w ciąży miała po kilka ataków dziennie. Nie mogła chodzić po schodach, przewracała się, więc musiałem wynosić ją na drugie piętro. Gdy urodziła się Martyna, najpierw brałem z samochodu dziecko i wózek, potem biegiem na dół po Mariolę... Czy miałem dość? Nie, nigdy nie myślałem, żeby się spakować. Czasem tylko pojawiało się pytanie, dlaczego tak jest i ile jeszcze musi się pogorszyć, żeby mogło się zacząć poprawiać? Ale nadziei nie było żadnej. Było jedno pasmo niepowodzeń: problemy finansowe, mieszkaniowe, sprawa w sądzie przeciw Marioli i wyrok w zawieszeniu za rzekome ustawienie przetargu. Musiałem się nią opiekować jak dzieckiem, zwalniać się z pracy. Od szefa usłyszałem w końcu: – Ty to mi już żadnych zysków nie przynosisz... Wkrótce Mariola nie potrafiła już nawet wstać. Trafiła do szpitala. Operacja ucha, błędnika. Obudziła się po narkozie, chciała mi coś powiedzieć. Nachyliłem się, podniosłem jej maskę tlenową. – Misiu, kocham cię – powiedziała. I od razu napad! Wszystko pozrywane! Krew się leje!

    «« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół