Nowy numer 16/2018 Archiwum

In vitro czy napro technologia?

– Naprotechnologia to pseudonauka – twierdzi pionier metody in vitro w Polsce prof. Marian Szamatowicz. Jeśli tak, to jakim cudem ta „pseudonauka” skutecznie pomogła w poczęciu dziecka 30 proc. par, które wcześniej bezskutecznie skorzystały z metody in vitro?

Naprotechnologia to metoda leczenia niepłodności, opracowana przez amerykańskiego ginekologa i chirurga Thomasa Hilgersa, założyciela Instytutu Papieża Pawła VI w Omaha i członka Papieskiej Akademii „Pro Vita”. Swe ponad 30-letnie doświadczenia zebrał w obszernym podręczniku naprotechnologii, wydanym w języku angielskim w 2004 r. pt. „The Medical and Surgical Practice of NaProTECHNOLOGY”. Metoda opiera się na bardzo dokładnej obserwacji cyklu miesięcznego kobiety, pełnej i nowoczesnej diagnostyce oraz stosowaniu leczenia farmakologicznego i chirurgicznego. Nie pomija także delikatnych, acz bardzo ważnych dla prokreacji aspektów psychologicznych. Od niedawna naprotechnologia dostępna jest także w Polsce. (Szczegółowe informacje i adresy na internetowej stronie naprotechnologia.pl)

Pojawienie się tej metody w naszym kraju (w Lublinie i Białymstoku) spowodowało negatywną reakcję ze strony pioniera metody in vitro w Polsce prof. Mariana Szamatowicza. Na łamach „Gazety Wyborczej” zarzucił on naprotechnologii między innymi, że jest „pseudonauką”. Stwierdził, że „nie wnosi niczego oryginalnego do diagnostyki i leczenia niepłodności”. Prof. Szamatowicz posługuje się też opinią, którą – jak sam przyznaje – znalazł w Internecie. Autor tej wypowiedzi twierdzi – mówiąc w skrócie – że naprotechnologia posługuje się powszechnie stosowaną wiedzą, z wykluczeniem metod odrzucanych przez Kościół (chodzi głównie o in vitro). Argumentacja prof. Szamatowicza jest wewnętrznie sprzeczna, bo trudno przypisać zarzut pseudonaukowości czemuś, co – jak sam powtarza za internautą – nie jest niczym więcej, jak stosowaniem... powszechnej wiedzy.

Zabić jednego, żeby uratować drugiego?
A co do odrzucania metody in vitro jako metody terapeutycznej, to – po pierwsze – in vitro nie jest metodą leczenia, bo nie przywraca nikomu zdrowia. Jest ono jedynie technologią produkcji nowych ludzi. Po drugie zaś, nie chodzi tu bynajmniej o odrzucenie wyłącznie przez Kościół katolicki. Bo nie tylko Kościół sprzeciwia się stosowaniu metod, które dając zdrowie czy życie jednym, zabierają życie innym ludziom. A tak jest właśnie w przypadku procedur in vitro. Ich standardowym elementem jest produkcja tzw. zarodków nadliczbowych, czyli ludzi, którzy arbitralną decyzją innego człowieka zostaną albo zabici, albo zamrożeni. (Teoretycznie można od tego odstąpić, ale wtedy mierna skuteczność procedur in vitro, wynosząca około 27 proc., byłaby jeszcze niższa). Krótko mówiąc, życie jednego nowego człowieka okupione jest śmiercią innych i nie jest to śmierć naturalna, ale wynikająca z decyzji innego człowieka. Gdyby logiką prof. Szamatowicza kierowali się transplantolodzy, to nie mieliby oporu przed pobraniem serca czy płuc do przeszczepu od dawcy żywego, którego po zabiegu chowałoby się do chłodni. O ile mi wiadomo, transplantolodzy tego nie robią, a przecież z pewnością nie wszyscy są katolikami. Czym różni się ludzki zarodek od człowieka już urodzonego, że nie przysługuje mu prawo do takiej samej ochrony życia? Stopniem rozwoju. Ale gdyby naprawdę stopień rozwoju człowieka był kryterium pozwalającym jednym ludziom na uśmiercanie innych, to zamiast rozczulać się nad ludźmi niedorozwiniętymi, należałoby pobierać od nich organy do ratowania śmiertelnie chorych osób pełnosprawnych. Oczywiście, po wyczerpaniu innych możliwości terapii... Przecież to byłby horror.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama