• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Niedziela bez Mszy nie jest niedzielą

    ks. Tomasz Jaklewicz

    |

    GN 35/2017

    dodane 31.08.2017 00:00

    W niedzielę chrześcijanie chodzą na Mszę Świętą. Przez całe wieki dla kolejnych pokoleń wierzących było to jasne jak słońce. Dziś już tak nie jest. Dlaczego trzeba i dlaczego warto być zawsze w niedzielę na Mszy Świętej?

    Pliniusz Młodszy, rzymski gubernator Bitynii, napisał w 112 roku do cesarza Trajana list opisujący zwyczaje chrześcijan. Zauważył w nim, że „zwykli oni gromadzić się zawsze tego samego dnia przed wschodem słońca i śpiewać razem hymn do Chrystusa, którego czczą jako boga”. To jedno z najstarszych świadectw mówiących o tym, że niedziela była dla chrześcijan dniem świętym, w którym gromadzili się na Eucharystii. Regularne świętowanie dnia Pańskiego wymagało od chrześcijan pierwszych wieków pokonania wielu trudności. Nie był to wszak wtedy dzień wolny, raz po raz wybuchały rzymskie prześladowania, dlatego właśnie gromadzili się jeszcze przed wschodem słońca. Dla Pliniusza, pogańskiego pisarza i urzędnika, to właśnie sposób przeżywania niedzieli był wyróżnikiem chrześcijan, cechą ich stylu życia, którą uznał za coś zasadniczego dla nich. Nie brak podobnych świadectw pisarzy kościelnych. Przytoczę tylko jedno. „My żyjemy zgodnie z dniem Pańskim, w którym i nasze życie wzeszło jak słońce. Jakże moglibyśmy żyć bez niego?” – pisał św. Ignacy z Antiochii, biskup i męczennik. I jest jeszcze świadectwo 49 męczenników z Abiteny (dziś Tunezja). W 304 roku, wbrew zakazowi cesarza Dioklecjana, nasi bracia w wierze zebrali się w niedzielę w domu Emeritusa, by odprawić Eucharystię. Zostali aresztowani. Przesłuchujący ich rzymski urzędnik pytał, dlaczego złamali zakaz cesarza. „Uczyniliśmy to, ponieważ nie można zaniedbać tego, co należy od Pana” – odpowiedział prezbiter Saturnin. A gospodarz domu, w którym celebrowano Eucharystię, stwierdził: „Sine dominico non possumus” (nie możemy żyć bez niedzieli). Po torturach zostali zamordowani. Woleli raczej ponieść śmierć, niż opuścić niedzielną Eucharystię. Oddali życie za Chrystusa, to jasne, nie za niedzielę. Ale związek niedzielnej Eucharystii z Chrystusem był dla nich nierozerwalny i oczywisty.

    Te świadectwa skłaniają do pytania, co stało się z nami, dzisiejszymi uczniami Chrystusa? Dlaczego niedziela straciła swój dawny blask? Dlaczego dla tak wielu chrześcijan niedzielna Eucharystia nie jest już czymś, bez czego nie mogą żyć?

    Dawna niedziela

    Zanim poszukamy odpowiedzi na te pytania, proszę pozwolić na dłuższy, ale moim zdaniem piękny cytat z powieści francuskiego pisarza Josepha Malègue’a „Augustyn albo Pan jest tu”. Tytułowy bohater wspomina niedziele swojego dzieciństwa. Jak kilkuletni chłopak przeżywał je w małym miasteczku na francuskiej prowincji, w Owernii, pod koniec XIX wieku:

    „Najpiękniejszym dniem była Niedziela. Augustyn odczuwał po wielu znakach, że zapowiada się ona już od sobotniego wieczoru. Tego bowiem dnia gruba Katarzyna czyściła płyty sieni i okna jadalni; przecierała płynem tripoli gałki we drzwiach; nie zapomniała też o imbryku ani o kranach. Cały dom nabierał odnowionego, świeżego i czystego wyglądu. Odświętne ubrania, wyciągnięte z szaf, pojawiały się na krzesłach sypialni, zachowując kształty, które miały w pudłach, spłaszczone przez staranne składanie. Ruchliwa drobna Mama miała w oczach ten rodzaj opanowanej i błyszczącej radości, z jaką w milczeniu czeka się na piękne święto albo na krewnych, którzy pojawią się wkrótce. Często, by lepiej podkreślić przewagę niedzieli nad dniem poprzedzającym, dzwony wielkiego Opactwa dzwoniły z całej mocy już od piątej po południu (…). Od sobotniego popołudnia także spojrzenie ojca, nie tracąc śladów zmęczenia ani zmarszczek, w których się kryły, wyrażało jakiś rodzaj odpoczynku. (…) Poczucie szczęścia, że się nosi ubranko marynarskie, w tych pierwszych świeżych minutach w niedzielę rano! (…) Każda rzecz wydziela nieuchwytny zapach niedzieli. Wczesne wstawanie rankiem, niedzielna czekolada, świątecznie ubrania, pierwsze i drugie uderzenia dzwonów, wszystko przygotowuje te chwile napiętego bezruchu, jaki poprzedza wyjście na mszę (…). Siedząc w kościele, jego zbyt krótkie nogi zwisają między kamienną posadzką a spongami krzesła, obok klęcznika mamy, podnosi oczy i spogląda na nią. Patrzy na nią od dołu. Dostrzega jej poruszające się wargi, włosy wystające spod kapelusza wyciągniętego rano z pudła. Widzi, że mama czyta z grubej książki. Książeczka Augustyna jest o wiele cieńsza. Mama prawie zawsze odgaduje, że na nią patrzy. Słaby uśmiech, znacznie bardziej powściągliwy niż w domu, spływa nań poprzez całą tę odświętność. A jej palec opuszcza książeczkę do nabożeństwa, odwraca kilka stron w książeczce Augustyna. Wskazuje początek modlitwy odpowiedniej dla tej części mszy. »Prefacja. To szczęśliwa chwila, w której pojawi się Król aniołów i ludzi«. Augustyn odnajduje wątek. Posłusznie i starannie zaczyna iść za nim. (…) Trzy uderzenia dzwonków. Szmer. Wielka cisza. Powiew Podniesienia wieje po tych obrazach. Nowe szuranie krzesłami, jakby seria uderzeń młotkiem we wszystkich kątach kościoła. Nowe uderzenie dzwonków. Zwykle jego mama klęka wśród innych pań przed balustradą, zasłaną na biało. Wraca tak pełna pokory, że to aż krępuje Augustyna. Osobliwa ceremonia i trudna do wyjaśnienia…”.

    Sądzę, że wielu, zwłaszcza starszych czytelników odnajdzie w tym fragmencie coś bardzo im bliskiego. Piękny katolicki świat, który dawno już odszedł do historii we Francji i w wielu innych katolickich krajach. A w Polsce, tu i ówdzie, jeszcze trwa, choć jego los wydaje się przesądzony.

    Pliniusz Młodszy by się zdziwił

    Gdyby Pliniusz Młodszy powstał z grobu i odczytał przywołany wyżej fragment, zrozumiałby bez trudności, że dotyczy on tej samej religii, o której pisał cesarzowi Trajanowi w liście w 112 roku. Chrześcijanie to ludzie, dla których niedziela jest najważniejszym świętem. Domyśliłby się zapewne, że chrześcijanie po upadku Rzymu opanowali kulturę Europy, przeniknęli ją duchem swojej wiary i z tego powodu niedziela stała się dniem wolnym od pracy.

    Spójrzmy jeszcze raz wstecz, w historię, i podsumujmy. Przez pierwsze trzy wieki chrześcijanie żyją w kontrze do dominującej pogańskiej kultury, ale trzymają się swojej wiary nawet za cenę męczeństwa. W każdą niedzielę gromadzą się na Mszy św. celebrując prawdę o ukrzyżowanym i zmartwychwstałym Zbawicielu, choć niedziela jest w społeczeństwie dniem jak każdy inny. W IV wieku sytuacja stopniowo ulega odwróceniu. Całe średniowiecze i później praktycznie aż do początków XX wieku wyjątkowość niedzieli jest podtrzymywana nie tylko przez wiarę chrześcijan, ale jest „niesiona” także przez chrześcijańską kulturę. Niedziela stała się dniem wolnym od pracy, jej świętowanie wspierały zwyczaje, tradycje rodzinne, parafialne, bicie dzwonów itd. Słowem, był to cały ów rytuał niedzieli, który tak pięknie oddał w swej powieści Malègue.

    Przymus wewnętrzny czy zewnętrzny

    Papież Benedykt XVI, przenikliwy diagnostyk, zauważa, że kryzys niedzieli nie nastąpił dopiero w naszych czasach. Zaznacza się on od momentu, kiedy nie odczuwa się już wewnętrznego przymusu niedzieli, który tak dobrze oddaje wyznanie męczenników z Abiteny („nie możemy żyć bez niedzieli), a w niedzielnym obowiązku widzi się tylko pozytywne przykazanie kościelne, przymus zewnętrzny. W takiej sytuacji, zauważa papież senior, prędzej czy później zostaje tylko konieczność uczestniczenia w obrzędzie odczuwanym jako ciało obce. „Pytanie, kiedy i dlaczego można się z niewypełnienia jego [tego obowiązku] usprawiedliwić, staje się w końcu ważniejsze niż pytanie, dlaczego normalnie powinno się go wypełnić, a stąd już niedaleka droga do dyspensowania się także bez usprawiedliwienia”.

    Ratzinger w tym samym artykule zwraca uwagę, że wciąż istnieją (Bogu dzięki!) chrześcijanie, którzy odpowiedzieliby tak samo jak owi męczennicy sprzed wieków: nie możemy żyć bez niedzieli, bez Mszy św. niedziela nie jest dla nas prawdziwą niedzielą. Ponadto nie należy idealizować przeszłości. Problem zaniedbywania niedzielnej Mszy św. nie pojawił się dopiero w naszych czasach. Już w Liście do Hebrajczyków znajdujemy napomnienie: „Nie opuszczajmy naszych wspólnych zebrań, jak się to stało zwyczajem niektórych” (10,25). Podobne uwagi znajdziemy także u ojców Kościoła.

    Pewne jest jednak to, że dzisiejszy kryzys niedzieli zmusza Kościół, a zwłaszcza duszpasterzy, do stawiania pytania o to, jak pokazać dzisiejszym chrześcijanom wartość niedzieli nie tyle jako dnia odpoczynku czy rodzinnych spotkań, ale jako dnia świętego, dnia poświęconego Bogu, dnia Pańskiego! Jak odnaleźć zagubione znaczenie tego, czym dla chrześcijan jest i powinien być ów wyjątkowy dzień? Ludziom poszukującym w weekendzie chwilowej ucieczki od codziennego, szarego życia, często ponad siły, spragnionym głębszego oddechu, pełniejszego życia, możemy śmiało powiedzieć, że w istocie szukają oni nieba, nieskończoności, wieczności, miłości, Boga. I niedzielna Eucharystia jest właśnie tym momentem, w którym te najgłębsze ludzkie aspiracje i pragnienia mają szanse wybrzmieć i zostać skierowane we właściwą stronę. W stronę Boga, Chrystusa, który sam jedynie może dać to, czego w istocie pragniemy. Jak jednak o tym przekonać innych, a najpierw samych siebie?

    Dlaczego mamy iść do kościoła w niedzielę?

    Nic tu nie pomogą żadne argumenty socjologiczne czy psychologiczne. Zostaje sama tylko teologia, czyli wiara. Wiara, która musi się wcielać, to znaczy przybierać konkretny kształt życia, postaw, obyczajów. Niedzielna Msza św. to właśnie jedno z tych konkretnych i najważniejszych wcieleń wiary, jej przejawów w życiu.

    Spróbujmy po kolei. Dlaczego niedziela, a nie środa czy inny dzień tygodnia? Bo Jezus zmartwychwstał w „trzecim dniu” po ukrzyżowaniu, czyli w niedzielę. To w niedzielny poranek kobiety odkryły pusty grób i w niedzielę zmartwychwstały Pan ukazywał się uczniom. Wierzymy, że nasze zbawienie pochodzi od tego właśnie historycznego wydarzenia, które ma także wymiar pozahistoryczny, czyli sięgający w wieczność. Bóg w niedzielę pokonał śmierć, także moją śmierć. Dał człowiekowi nadzieję na zmartwychwstanie. Niedziela jest świętem tej nadziei, jest jej uobecnieniem w życiu wiernych.

    Związek niedzieli z Eucharystią dotyczy także kwestii zmartwychwstania. „Zmartwychwstanie jest początkiem obecności, która nie zna końca. My często żyjemy bardzo daleko od tej obecności” – pisze Benedykt XVI. Chodzi o obecność Chrystusa, realną, choć ukrytą w znakach chleba i wina. Żyjemy rozproszeni codzienną gonitwą, w hałasie, niezdolni do oderwania się od rzeczy przemijających. Eucharystia jest spotkaniem z innym wymiarem rzeczywistości. To spotkanie z miłością Boga, która daje siebie do końca. Daje siebie w prostym geście łamania chleba. Tu chodzi o miłość. Niedziela jest świętem miłości Boga do człowieka, miłości oblubieńczej. To dzień, proszę wybaczyć ten banał, randki z Ukochanym.

    „Kult niedzielny wypełnia przepis moralny Starego Przymierza, przejmując jego rytm i ducha przez oddawanie co tydzień czci Stwórcy i Odkupicielowi Jego ludu” – czytamy Katechizmie (2176). Chrześcijanie uznali niedzielę za swój „nowy” szabat, za swoją teologię szabatu – dnia uświęconego przez Boga. I tak jak szabat w Starym Testamencie, tak w Nowym Testamencie niedziela ma być dniem okazywania wdzięczności wobec Stwórcy. Wszystko, co jest, pochodzi od dobrego Boga. Niedzielna Msza św. ma także ten wymiar – w niej dziękujemy Bogu za to, co nam daje. Przypominamy sobie, że nie jesteśmy panami świata, ale świat został nam oddany w dzierżawę, w zarząd. Prawdziwym jednak Władcą i Właścicielem jest Bóg. Ta świadomość daje oddech, wolność, uwalnia od presji sukcesu czy nadmiernej troski o doczesny byt. Nie wszystko od nas zależy. To cudownie wyzwalająca myśl. Niedziela to święto prawdy o stworzeniu, święto wolności, którą daje Bóg.

    Niedziela jest także spojrzeniem w przyszłość. Nie tę doczesną, ale wieczną. To zapowiedź nieba, wiecznego odpoczynku, uczty z Bogiem i świętymi w niebie. Dlatego nazywano ją „ósmym dniem tygodnia”. Eucharystia niedzielna ma także ten wymiar, jest przedsmakiem nieba. Ukazuje cel naszej ziemskiej pielgrzymki. Niedziela to święto nieba, wieczności, zapowiedź naszego wniebowzięcia.

    Za lub przeciw Bogu

    Można mnożyć jeszcze inne teologiczne argumenty za tym, że niedzielna Eucharystia wyraża i streszcza cały sens chrześcijańskiej egzystencji. Ostatecznie rzecz cała sprowadza się do wiary w Boga, w Chrystusa, w Ducha Świętego i w Kościół. Jeśli uznaję, że sensem życia człowieka jest bycie pieśnią ku chwale Boga, to niedziela jest tego najważniejszym wyrazem. Moje „za” lub „przeciw” Bogu dokonuje się w tym wyborze: jestem albo mnie nie ma na niedzielnej Mszy Świętej. W tym stwierdzeniu nie ma żadnej przesady. Jeśli dorabiam sobie łatwe usprawiedliwienie nieobecności na Mszy w niedzielę, oznacza to, że czynię siebie samego mądrzejszym od Boga, czyli jestem przeciw Bogu.

    Kościół jest najbardziej sobą, kiedy zbiera się wokół swego Pana na niedzielnej Eucharystii. Jeśli nie odpowiadam na to zaproszenie, nie buduję Kościoła, stawiam siebie poza nim, poza Chrystusem i poza wspólnotą Jego uczniów. Staję się solą, która traci smak. A taka sól nadaje się tylko do wyrzucenia i podeptania przez ludzi.

    Niedzielna Msza św. ma swoją formalną strukturę, słowa, gesty, znaki w określonej przez Kościół formie, zresztą podlegającej pewnemu rozwojowi. Ta zewnętrzna strona liturgii bywa piękna, bo np. kapłan celebruje ją z wielkim zaangażowaniem lub posługuje znakomity chór czy organista itd. Bywa uboga, czasem wręcz „odstraszająco” uboga. Kiepski organista, lichy ksiądz, kiczowate wnętrze świątyni, fałszujący podczas śpiewu wierni itd. Sedno tkwi jednak w pokornym poddaniu się Bogu, które wyraża się w poddaniu tej konkretnej formie Mszy Świętej. Co wcale nie oznacza, że nie warto starać się o piękną liturgię, ale to inny temat. Jeśli jestem za granicą, też idę na Mszę św., mimo że słucham jej w obcym języku i niewiele z tego rozumiem. Wiem jednak, że jest niedziela i w tym kościele jest ze mną Bóg, jest ten sam zmartwychwstały Pan. Poddaję się Mu, zginam kark, chcę komunii z Nim. Zewnętrzna strona musi zawsze jakaś być, lepsza lub gorsza, ale istota tkwi w tym, co wewnętrzne, ukryte za osłoną, nieraz zgrzebną do bólu. Moje estetyczne wymagania co do zewnętrznej strony muszą ustąpić wobec prawdy, że na ołtarzu przychodzi do mnie Bóg-Miłość i ja padam przed Nim na kolana. A On mnie kocha, podnosi i daje siłę. Więc warto i trzeba. Dla Boga, dla innych, dla siebie, dla świata. 

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    • JAWA25
      31.08.2017 23:05
      Z listu Pliniusza (nota bene mówiącego o "ministrae" = diakonisach) nie wynika jaki to był dzień.
    • gośćx
      30.09.2017 13:08
      "Sądzę, że wielu, zwłaszcza starszych czytelników odnajdzie w tym fragmencie coś bardzo im bliskiego. Piękny katolicki świat, który dawno już odszedł do historii we Francji i w wielu innych katolickich krajach." Otóż nie odszedł do historii. We Francji jest naprawdę dużo miejsc, gdzie sprawowana jest Msza Św.w formie nadzwyczajnej (w strukturach diecezjalnych, pod Ecclesia Dei i u piusowców) i tam tak to właśnie wygląda także i dziś. Zresztą wszędzie na świecie, gdzie sprawowana jest Msza Wszechczasów wygląda ona identycznie.O czym zaświadczam, gdyż dane mi było uczestniczyć w tej Mszy w wielu krajach na trzech kontynentach. Zarazem odpada problem nieznajomości języka, bo raz nauczywszy się dwoch stron A4 po łacinie (lub korzystając z mszalika dwujęzycznego, np.Te Deum) człowiek zawsze czuje się jak w domu. To znaczy jak w niebie:)
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół