• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Chrzestny to nie wróżka

    Agata Puścikowska Agata Puścikowska

    |

    GN 32/2017

    dodane 10.08.2017 00:00

    Od czasu do czasu emocje opinii publicznej rozpalają opisy „złych księży”, którzy biednym ludziom odmawiają sakramentów.

    Od czasu do czasu emocje opinii publicznej rozpalane są do czerwoności opisami „złych księży”, którzy biednym ludziom odmawiają sakramentów. Przy czym słowo „biedny” nie oznacza „ubogi”, ale „źle potraktowany”. Źle, czyli nie tak, jak to sobie wyobraża penitent. Źle, czyli bez ochów i achów, które z pewnością powinny towarzyszyć samej tylko chęci łaskawego wejścia do kościoła. Bo o świadomym przyjęciu sakramentu, w sytuacji gdy ktoś na co dzień po prostu do kościoła nie chodzi, mówić trudno.

    Niedawno przetoczyła się kolejna taka dyskusja. Mianowicie o niepraktykującym potencjalnym chrzestnym. „Zdecydowaliśmy się na chrzest syna, przychodzę do kościoła, a ksiądz robi fochy! I utrudnia!” O co chodzi? Otóż jakiś „zły ksiądz” odmówił rodzicom wyboru chrzestnego: nie zgodził się, by bliski znajomy, bez bierzmowania i bez regularnej praktyki, został chrzestnym. Jak się łatwo domyślić, historia została opisana w internecie. I rozpętała się burza, która w konsekwencji skazała księdza na szafot, a rodzicom zaleciła zabranie „dużej koperty” i udanie się do innego, „mądrego księdza”. Bo przecież chrzestny jest „dla dziecka, nie dla plebana”.

    Jak zakończyła się ta historia? Tego nie udało mi się ustalić. Można jednak domniemywać, że to nie pierwsza taka opowieść. I niestety nie ostatnia. Część rodziców traktuje chrzest jak magiczny obrzęd, do którego potrzebny jest szaman i bogaci świadkowie. Czyli chrzestni to takie dobre wróżki z „Kopciuszka”. Tylko co z tym fantem dalej? I dlaczego rodzicom przychodzi do głowy, by w katolickim wychowaniu wspierała ich osoba niewierząca? Bo taka tradycja, że trzeba ochrzcić? Bo nikogo innego nie było w rodzinie? Bo w końcu: chrzestny nie ma większego znaczenia niż to… finansowe? A do kupowania prezentów, faktycznie, bierzmowanie niepotrzebne…

    Można też zadać pytanie, czy rodzice odbyli poważne przygotowanie do sakramentu. Takie, które choć trochę wypełni braki z katechizmu. Takie, które spowoduje, że ochrzczone dziecko będzie mogło liczyć na wychowanie w wierze. Bo oczywiście można się pośmiać z Iksińskiego, który sam nie chodzi do kościoła, a teraz razem z niewierzącym chrzestnym chce ochrzcić syna. Tylko co to da? Co da szydera z dramatu braku wiary i robienia szopki z sakramentu? Ani to nie polepszy sytuacji rodziny, ani tym bardziej samego dziecka. Za to dziecko, jego wiarę i przyszłość, w obliczu braku wiary i świadomości rodziców, jesteśmy odpowiedzialni my, wierzący.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    • Gość
      11.08.2017 11:07
      A ja mam zupełnie inne spostrzeżenie. Przez lata angażowałam się w życie mojej parafii, byłam członkiem kliku wspólnot, chodziłam na pielgrzymki. Znajomych i przyjaciół miałam głównie stamtąd, tam poznałam męża. Jesteśmy wierzący, praktykujący. Kiedy nadszedł czas na chrzest syna, kilka osób właśnie ze wspólnoty odmówiło bycia chrzestnym, a nie mamy rodziny, której można powtórzyć tę rolę. Bardzo mnie to zdziwiło i skłoniło do myślenia na temat chrzestnych. Bo dla nas to jak znaleźć igłę w stogu siana.
    • Gość
      12.08.2017 16:52
      A ja się zastanawiam tak naprawdę po co potrzebny jest chrzestny ? Kiedyś wiadomo, że chrzestny wprowadzał osobę w świat wiary, a teraz kiedy są dzieci chrzczone to za wprowadzenie w świat wiary odpowiedzialni są rodzice, a nie chrześni. Chrzestny TAK NAPRAWDĘ jest traktowany przez obie strony w 99 % za św. Mikołaja. Ja nawet gdybym chciała to nie mogę się wtrącać w wychowanie dziecka, a widzę się z chrześniaczką np. 2 x rok, a z drugim chrześniakiem nawet 1 x. Może dziadkowie mają więcej do powiedzenia, jeśli pomagają w opiece nad dzieckiem - mają realny wpływ. Dlatego rozumiem, że ludzie też odmawiają bycia chrzestnymi. Ja też odmówiłam - bo po prostu nie stać mnie na kolejny prezent dla kolejnego dziecka nawet za 50 zł. A komunia - to jest już szaleństwo. Ja w tej chwili już odkładam pieniądze dla chrześniaka (który nie jest moją rodziną) i wcale nie mam na myśli drogich czy świeckich prezentów. Więc proszę zrozumieć też i rodziców. A może jednak warto zrezygnować z tej "funkcji" - reliktem pzeszłości
    • Gość
      13.08.2017 05:12
      Chrzestnego mojego syna nie widzialam ani przed chrztem ani po chrzcie i, tak minelo juz dwadziescia piec lat.
    • Gość
      16.08.2017 07:34
      Ja swojego chrzestnego widzialam raptem dwa razy w zyciu : po Komunii i po bierzmowaniu... A tak nie przychodzi nie pisze i nie odwiedza.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół