• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Na mnie już czas

    Marcin Jakimowicz Marcin Jakimowicz

    |

    GN 26/2017

    dodane 29.06.2017 00:00

    Po co przychodzicie do mnie? Ja jestem łysy hipopotam. W zoologu są lepsze okazy! – mawiał o. Karol Meissner. Lekarz, erudyta, który lubił zmywać naczynia. Mistrz duchowy, który czytał najmłodszym „Koziołka Matołka”.

    Zapytałam kiedyś dzieci: „Co was najbardziej pociąga w ojcu Karolu?”. Usłyszałam: „To, że to taki mądry człowiek, a z taką chęcią myje garnki!” – opowiada Aleksandra Gromek z Tychów. – To jest jakaś głęboka prawda o tym niezwykle pokornym człowieku.

    Erudyta przy zmywaku

    20 czerwca w nocy w klasztorze w Lubiniu zmarł o. Karol Meissner. 90-letni mnich, rozchwytywany kaznodzieja, autor wielu publikacji dotyczących małżeństwa, rodziny, seksualności. Ludzie do dziś wspominają jego poruszające mądre rekolekcje i konferencje. O to, jaki był, zapytałem jego przyjaciół. – Odwiedziliśmy go 17 maja, w dniu jego 90. urodzin. Był na wózku. Bardzo cierpiał, choć tego nie okazywał. Był bardzo spokojny – wspominają Olga i Aleksander Koserczykowie, którzy z mnichem przyjaźnili się przez kilkadziesiąt lat. – Powiedział nam niezwykłe kazanie. O czasie. „Czym jest miłość? To czas, który dajemy bliźniemu. Widzę, że Bóg dał mi jeszcze trochę czasu” – to były główne myśli. Chorował przez wiele miesięcy na raka. Powiedział nam niedawno: „Czasami myślę, że to już koniec, ale badam sobie tętno: »Oj, jeszcze nie«”. Typowy lekarz.

    – Gdy bywał u nas, zachodził wieczorami do moich synów. Pogadać, pomodlić się, poczytać im „Koziołka Matołka”. Dzieci go uwielbiały – opowiada Ola, córka państwa Koserczyków. – Miał wielkie poczucie humoru. I ogromny dystans do siebie. „Po co przychodzicie do mnie? Ja jestem łysy hipopotam. Idźcie do zoologu, tam są lepsze okazy!” – mawiał. Pamiętam, że gdy byłam małą dziewczynką, uśmiechał się do mnie szelmowsko i nazywał żartobliwie „ohydną bandytką”. Początkowo się go nawet trochę bałam. Raz podszedł i z łobuzerskim błyskiem w oku rzucił: „Chcesz w mordę?”. „Nie!” – spłoszyłam się. W końcu przełamałam się i powiedziałam odważnie: „Chcę”. I wtedy dostałam czekoladki – wybucha śmiechem Ola.

    – Gdy organizował w klasztorze w Lubiniu rekolekcje dla rodzin z całej Polski, maluchy plątały się pod nogami – wspomina jej mama. – Czy mu to przeszkadzało? Ależ skąd! Był znakomitym spowiednikiem! Takim, który zagląda do żołądka… À propos żołądka: uwielbiał gotować. Ile razy nas odwiedzał, pytał: „Wpuścicie mnie do kuchni?”. I gotował dla całej rodziny. Do dziś jemy rybę à la Meissner. Lubił dobrą mocną liściastą herbatę.

    – Gdy odwiedzaliśmy go w Lubiniu, mogliśmy przegadać przy dzbanku wiejskiego mleka długie godziny – opowiada Aleksander Koserczyk. – Nie bał się trudnych pytań dotyczących wychowania. „To, co robicie teraz – mawiał – zwróci się wam, gdy wasze dzieci będą dojrzewały”. Życie pokazało, że miał rację. Gdy kiedyś zastanawialiśmy się, czy nasza dorastająca córka dobrze wybierze sobie męża (który rodzic nie zadaje sobie takich pytań?), wziął ją na godzinny spacer. Wrócił i powiedział krotko: „Nie martwcie się. Dobrze wybierze. Pod jednym warunkiem: gdy wy będziecie się naprawdę kochać. To są naczynia połączone”. Był erudytą, człowiekiem renesansu. Grał na fortepianie, komponował. Opracowywał antyfonarz monastyczny ze śpiewami liturgii godzin. To był człowiek o niespotykanie szerokich horyzontach. Trudno było znaleźć dziedzinę, w której można go było zagiąć. Na wszystkim się znał. Geometria wykreślna? Przecież on ze mną rozmawiał jak równy z równym!

    – A ze mną o tajnikach ogrzewania – uśmiecha się Olga Koserczyk.

    – Z nami o sztuce obróbki drewna – dopowiada Ola, z zawodu lutnik. – Znał się na tym doskonale. Mój mąż Arek zrobił mu drewnianą „główkę” z jego podobizną. Nazwał ją Meissnerusem. Gdy był w Katowicach, a prof. Julian Gembalski oprowadzał go po uczelni, rozmawiali jak równy z równym. W naszej pracowni Arek zagadnął: „Ojciec to się tak wszystkim interesuje…”. „Bo ja interesuję się tym, czym interesuje się mój bliźni” – usłyszał. To dopiero odpowiedź! Kwintesencja miłości! Wielokrotnie widzieliśmy, z jaką skrupulatnością przestrzegał postu eucharystycznego: „Nie będę zapraszał Jezusa do restauracji” – mawiał.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    • gut
      29.07.2017 20:29
      Bardzo, Bardzo Sympatyczna Treść! :)
    • Gość
      30.07.2017 12:14
      A jako to zachowanie o. Meissnera - niech Bóg okaże mu miłosierdzie - ma się do reguły zakonnej? Czy było z nią zgodne? Czy było zgodne z duchem benedyktyńskim??? Szczerze mówiąc, wątpię.

      I jeszcze pewna obserwacja: w całym tekście nie ma nawet wzmianki, że Meissner był benedyktynem, ani słowa o duchowości, że należał do zakonu. Za to widzimy go jako bardzo fajnego wujka, ot tak, jakby był jakimś miłym sąsiadem, a nie duchownym, zakonnikiem, księdzem.

      Nie krytykuję samego tekstu, bo pewnie bo Meissnera nie znałem i może tak właśnie się zachowywał. Jednak postać lub tekst są charakterystyczne dla dzisiejszej "religijności", a tak naprawdę anty-religijności, która zamiast wznosić dusze do Boga, redukuje człowieka do doczesności, do jego pragnień i pożądań.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół